Texts

Notatki pozbierane

(fragmenty z lat 1977 – 2019)

Czwarte krzesło
Fragmenty studenckie i inne

(1977 – 1980)

Nadopiekuńczość doceniona znienacka z odległości. Kto wie, co to jest nienacek? Jak wygląda? Czy jest połyskliwy i granatowy? W kolorze twilight? Dlaczego twilight w odniesieniu do koloru brzmi lepiej niż zmierzch? Bo przywiozłem ze sobą garb, mam wbity w mózg gwóźdź przymiotnikowy; zmierzchowy, kryzysowy, upadek, a u was biją Murzynów. Myśli ukryte przed światem, który, jak podejrzewam, a mam prawo tak sądzić, bo prawo to nabyłem wielkim wysiłkiem przyjeżdżając tu, do Londynu, czyha, by te moje myśli najgłębsze podejrzeć.

Obskurna knajpa, ni to kiełbaski, ni parówki, polane burym sosem o podejrzanym smaku – bardzo daleko od niedzielnego u mamy kurczaka z chrupiącą skórką, i mizerii. Kompot, najlepszy był gruszkowy. Przeglądam notatki z wczorajszego wykładu. Przyznaję, poczułem się inaczej. Znalazłem się nagle po drugiej stronie płotu, zza którego mogłem dotychczas jedynie wdychać snujące się leniwie opary wielkiego świata sztuki. Oblizywać się. Czasami mlasnąć za głośno. Czy można mlasnąć właściwie? Jaka głośność mlaśnięcia jest właściwa? A czym jest „właściwość” w odniesieniu do mlaśnięcia? W Londynie mówią appropriateness, stosowność, coś na miejscu. Czy w sztuce może istnieć stosowność, czy w sztuce istnieje cokolwiek, od czego można by wymagać bycia stosownym?

Jak zwykle włóczyłem się wieczorem po Soho. Owo „jak zwykle” znaczy od miesiąca.
Codziennie snuje się po galeriach; pogadam z kimś, zobaczę coś niezwykłego, nowego, i dowiem się, że to klasyka, standard. Luki w wiedzy na poziomie szkoły podstawowej. W Tate widziałem wycieczkę dziesięciolatków. Gdy miałem dziesięć lat popierdalałem w pochodzie pierwszomajowym. Sporo do nadrobienia. Nagle zdaje sobie sprawę, że choć udało mi się tu w końcu dotrzeć – a podróż to tylko dwie godziny lotu, pół roku przygotowań i całe życie marzeń – to dzieli mnie jakaś kosmiczna odległość. Wczoraj w galerii trafiłem na spotkanie z artystami i krytykami. Dyskusja o sztuce po filozofii, o wolności od ciasnych ram formalnych, zanotowałem: „Po Duchampie ocena wartości sztuki lub artysty następuje na podstawie tego, jak bardzo artysta taki czy jego/jej sztuka kwestionuje naturę samej sztuki.”

Gruba właścicielka brudnej ceraty na stole i reszty tego przybytku doniosła mi kartoflaną melasę, już zimną. Ale uśmiechnęła się, jestem tu stałym klientem i czasami dostaję do taniego obiadu coś gratis.

W Londynie jest fajnie, ale tak naprawdę po prostu daleko od wielu rzeczy, od których odległość w tysiącach czyni szczęśliwym automatycznie. Nawet, jeżeli dają żreć na lepkiej ceracie w kratkę. Na rogu Sale Place i Star Street, na tyłach Sussex Gardens. Okolica tanich hoteli, kin porno i burdeli.

Widziałem zdjęcie Hitlera z dziećmi przy stole nakrytym ceratą w kratkę. Jest też takie z gułagu: w baraku na pryczach, takich jak w Oświęcimiu, siedzą ubrani w czyste koszule więźniowie (pensjonariusze, jakby chciał autor zdjęcia), wyglądają zdrowo, nie widać śladów katorgi, obrażeń, dobrani do zdjęcia, skupieni przy stole, a na nim wazon z kwiatami. Tylko te miny – sztywne pozy, wzrok błądzący po ścianach – zdradzają. Sztuczność, strach, niemożliwość sielskości. Na stole cerata w kratę, pewnie przynieśli z obozowego biura, albo kantyny dla oprawców, na potrzeby pozowanego zdjęcia. Propaganda. I inne: Stalin z dziećmi, dzieci nieco sztywnawe, siedzą przy stołach z kraciastą ceratą. W biało-czerwoną kratę była ta w barze „Studenckim” na Placu Narutowicza, pół roku temu jadłem leniwe, najlepsze na świecie. Tak naprawdę, ale może tylko mi się wydaję, cerata była zniszczona, bardziej biało-różowa, niż czerwona. Sprawdzę. Kiedyś.

Ta londyńska, niegdyś biało-niebieska, teraz szaro-bladosina, lepi się od brudu. Co to za kolor szaro-brudno-bladosiny? Już go gdzieś widziałem. Jest mi bliski, jego lepkość swojska.

Dzisiaj rano przegrałem na Paddington dychę w trzy karty. Trzeba być idiotą, żeby zagrać przed dworcem z lokalnymi cwaniakami w trzy karty. Błąd, moje własne prawo do błędów. Moja wolność. Czy dziesięć funtów to duża cena za wolność? To majątek, kupa forsy, kawał szmalu, tona hajsu. Nie wiem, kiedy mi się to uda odpracować.

Pracuję naprzeciwko, dokładnie na rogu Sale Place i Star Street, w biurze EEK Industries, jako architekt. Moją sąsiadką jest wiekowa dama o imieniu Mildred. Nie wiem, czy kiedykolwiek zastanawiałem się nad możliwością istnienia kobiety imieniem Mildred, tym bardziej nad możliwością jej spotkania, aż do wczoraj, gdy wychynęła zza żelaznej furtki w murze właśnie w momencie, gdy wychodziłem z biura. Była w różowym szlafroku, nieco przechodzonym, obuta w zielone wellingtony czyli kalosze, i miała papiloty na głowie. Naprawdę. Takie rurki na głowie, wyglądała dość kosmicznie. Mogłaby być babcią Walentyny Tiereszkowej. Przyznaję, nie wiedziałem w pierwszej chwili, że to papiloty (szef mi powiedział następnego dnia).

Curl-papered Mildred stała przed swoją żelazną furtką i coś do mnie gadała w języku dalekim od znanego mi szkolnego angielskiego. W końcu się dowiedziałem, że czeka na oficera policji, który na pewno przyjdzie, bo napisała skargę i już dwa razy dzwoniła na posterunek. Chodzi jej o porno kino w okolicy, otwarte do późna, z którego widzowie wracają nocą pod jej domem. Mildred twierdzi, że Murzyni się onanizują i śmierdzi. Rasizm, a-feminizm, be-seksizm, starczy sarkazm, zidiocenie, a może Mildred była w młodości – jakieś sto lat temu – sufrażystką? I zero marksizmu.

W Polsce za ileś tam lat skończę studia – jeżeli wytrzymam. Popracuję parę lat jako kreślarz, jeszcze parę lat jako młodszy projektant, a jak już mi się nic nie będzie chciało, będę mógł samodzielnie zaprojektować wiejski ośrodek kultury, którego i tak nikt nie wybuduje.

Od zawsze rysuję, maluję, mażę, paprzę, akwarelki i inne, a gruntować płótno nauczyłem się wcześniej niż pisać. Żarty. Ale naprawdę połowa mojej rodziny to malarze. Chociaż dziadek nie tylko malował, najpierw był księdzem. Poznał babcię Jadwigę na kazaniu i gdy leżał krzyżem przed święceniami, nie wytrzymał i odpuścił.

Gdy już zmęczę ten niby obiad, wrócę do biura. Czarny szyld EEK. Muszę dzisiaj dokończyć projekt wnętrza restauracji na tyłach Oxford Street, jutro rano mam spotkanie z właścicielem, czyli inwestorem. Od poniedziałku ruszają prace.

Projekt jest prosty, to w zasadzie plan, w którym musiałem zmieścić jak najwięcej stolików, dobrać kolory ścian i wymyślić coś przyciągającego wzrok przy wejściu. Właściciel restauracji, smutny Hindus o szybkich oczach, potrzebował tylko kilku zdań by wyłożyć mi teorię, historię, zasady i praktyczne porady projektowania. Wkroczył któregoś dnia do naszego biura na Sale Place. Mojego szefa nie było, śmigał swoim jaguarem po mieście. Sekretarka, kopnięta Walijka, która tak mamrocze pod nosem, że nikt jej nie rozumie, zadzwoniła w końcu po szefa. Szef dwojga imion, Edward coś-tam-na-E Kownack – stąd EEK Industries – ma w samochodzie telefon: czarna ebonitowa słuchawka na mahoniowej desce rozdzielczej pełni funkcję hetmańskiej buławy. Ma świadczyć o jego pozycji i nieograniczonych możliwościach. Falliczne skojarzenia pojawiły się natychmiast, gdy ten sprzęt zobaczyłem. W rzeczywistości radiotelefon jest dość kłopotliwy: działa tylko w niektórych dzielnicach i trzeba dzwonić do centrali, podać numer, a dopiero wtedy panienka w centrali próbuje połączyć rozmowę. Trwa to nieskończenie długo, głównie trzeszczy, nic nie słychać i kosztuje majątek. Kownack zarabia na takich jak ten smutny gruby Hindus – sprzedaje do londyńskich restauracji wyposażenie kuchni. Lśniące, ze stali nierdzewnej, sprowadzane ze Stanów. Kownack jest Amerykaninem i zna się na biznesie i kuchniach. Ja jestem mu potrzebny z dwóch powodów. Pierwszy wyjawił zanim przyjął mnie do pracy: wymiana zaplecza kuchennego (na czym on zarabia) wiąże się na ogół z projektem i remontem całej restauracji (na czym on się nie zna i nie chce znać) a ja mam ten problem zdjąć mu z głowy. Drugi powód wyjawił mi później: przedstawiał mnie jako architekta i podnosiło to, jego zdaniem, prestiż firmy. Dodał, że wyglądam na inteligentnego – co zapewne miało równoważyć wpływ Bernice, mamroczącej walijskiej sekretarki, na image firmy.

I tak dołączyłem do ebonitowej słuchawki jako kolejny rekwizyt w kuchennym biznesie. Bez skojarzeń. Niestety daleko w tyle za jaguarem, ale przed sekretarką.

Gdy smutny Hindus wkroczył do biura, Bernice nie przerwała malowania paznokci. Na pytanie o szefa mamrotnęła coś nie podnosząc oczu. Świdrujący wzrok Hindusa wyłowił mnie zza przeszklonych drzwi i zmusił do przerwania rysowania, a próbowałem narysować niemożliwe –  wczorajsze nocne spotkanie. Poprosiłem świdrującego Hindusa o chwilę cierpliwości i podjąłem trud negocjacji z Bernice, która ostatecznie zgodziła się zadzwonić po szefa; musieliśmy jeszcze odczekać aż machając rękami osuszy paznokcie. Nastąpiła krępująca chwila zawieszenia, takie w każdym razie odniosłem wrażenie. Każdy czekał w niepewności, co i w jakiej kolejności powinno się dalej wydarzyć. I po co – jeśli chodzi o Bernice.  Nie do końca rozumiała związek między przybyciem gościa, który chciał się widzieć z szefem, a moim naleganiem, by szefa wezwać przez radiotelefon. Ostatecznie sięgnęła po słuchawkę, a Hindus ruszył w kierunku mojego biurka zawalonego rysunkami. Wziął je za szkice do swojej restauracji, gdyż na porannym kacu usiłowałem umknąć niemożliwemu przy pomocy rekwizytów wczorajszej nocy: butelki, kieliszki i okruszki krakersów na stole. Co prawda były też wąsy i kozia bródka, ale nie było Mona Lisy.

Hindus wypowiedział zawiłe zdanie o kondycji ludzkiego gatunku, upadku obyczajów i marności polityki, dodał coś wulgarnego o urzędzie podatkowym. Przejrzał moje rysunki na biurku. Pocierał ręką twarz, westchnął i rzekł:
– Projektowanie polega na upchaniu jak największej ilości stolików, aby jak najwięcej ludzi miało wrażenie, że jest przestronnie i luksusowo.

Miałem kaca, bo wczorajsza wizyta w galerii zakończyła się piciem wina do późna, a w zasadzie do wczesna. Jak mi uświadomili spotkani w galerii ludzie, a robili to z masochistyczną frajdą uciemiężonych – tym większą, gdy dowiedzieli się, że jestem ze zniewolonego kraju zza żelaznej kurtyny – galeria była jedynym miejscem w Londynie, gdzie można było pić po 11 wieczorem. Nadal obowiązuje wojenny nakaz zamykania barów i knajp, aby ludzie mogli się wyspać, by wstać na szóstą do pracy. Dla dobra Ojczyzny. Myślałem, że zwariuję – tu też coś jest absurdalnie zakazane. Poczułem się jak w domu, chociaż, czego jak czego, picia w Polsce nikt nikomu nie zakazuje.

Opowiedziałem, jak się u nas pije w Kameralnej do rana, w Sarpie (w końcu byłem prawie architektem), jakie bogactwa dla ciała i duszy czekają za równowartość kilku funtów w Ścieku, opowiedziałem świeżą w pamięci historię z jednym starym śledziem na zagrychę do dwóch litrów wódki w pewnym uroczym lokalu z dansingiem w Rucianem, z którego ewakuowałem się przez okno w ślad za krzesłem. Krzesło ścigało mojego znajomka, który dał w pysk kelnerowi. Słuchano mnie z zainteresowaniem i w ten sposób zabrałem głos w dyskusji o sztuce. A dyskusja tyczyła, poza moimi wspominkami, prac Amerykanina Josepha Kosutha i najnowszego eseju przeciw estetyce w Journal of Art Criticism.

Anglicy powiedzieli mi też, że w szatni parlamentu przy wieszakach są kółka, czy pętelki, do zawieszania szabli. Patrząc na smutnego restauratora, którego nalana twarz niczym maska skrywała jakąś niechęć do świata a głęboko osadzone oczka, jakby wciśnięte na siłę, świdrowały moją skołataną i skacowaną duszę, pomyślałem, że w szatni Komitetu Centralnego powinny być szare tekturowe pudełka zamiast wieszaków. Wchodzący do KC nie mają szabel, w pudłach zostawialiby twarze. Razem z beretami z antenką.

Smutny mlasnął i powiedział: – Jak najwięcej ludzi ma wydawać jak najwięcej pieniędzy w przekonaniu, że było warto. Wszystko w życiu na tym polega. Wielcy architekci i wielcy malarze, i wielcy rzeźbiarze i wszyscy inni wielcy byli wielcy, bo umieli zaspokoić potrzeby swoich mocodawców, zadziwić swoich odbiorców i stworzyć wrażenie, że warto na nich wydawać pieniądze. Wszystko zawsze polega na sprzedawaniu. Ja nie sprzedaje zamków, willi ani malowideł, ale befsztyki. Do tego jest mi potrzebny kucharz i nastrój eleganckiej willi, albo zamku, mogą wisieć malowidła, albo tarcze i miecze, albo stać koło od dyliżansu. Kucharza mam, ty masz zrobić resztę. Ma być stylowo, a styl polega na tym, żeby ludzie chcieli wydawać pieniądze.

* * *

Mówiłem, że do domu daleko? Odległość z Polski do Londynu to nie dwie godziny lotu, to nie dwa tysiące kilometrów lecz dziura w głowie. W czyjej głowie? Trepanacja czaszki.

* * *

„Obraz, który nie szokuje nic nie jest wart” – tak twierdzi Duchamp, a dyskusja wczorajszej nocy dotyczyła trzech prac i każda z nich, a ściśle dyskusja o każdej z nich dała mi odwagę sięgnięcia po kredki.

Joseph Kosuth nie akceptuje związku sztuki i estetyki. Krytykę sztuki i filozofię obarcza winą za niejasność, sam określa estetykę jako tożsamą z dekoracyjnością, zaś sztukę umieszcza w obszarze pojęć i idei. W swojej pracy Jedno i trzy krzesła ustawił krzesło, fotografię krzesła i tablicę z encyklopedyczną definicją krzesła.

Kosuth twierdzi, że celem sztuki jest sama sztuka, oraz że sztuka sama w sobie jest definicją sztuki.

Zapisuję teraz zdanie: „Postanowiłem namalować obraz pod tytułem Czwarte krzesło, który będzie przedstawiał krzesło. Takie samo krzesło, jak to wystawione przez Kosutha.” Wczoraj zostałem za ten pomysł bezlitośnie skrytykowany: „Malowanie obrazu z krzesłem z punktu widzenia tej pracy jest pozbawione sensu,” „Istota tej pracy polega na zestawieniu trzech bytów, które wypełniają obszar sztuki, wytyczają cel, jakim jest sztuka i go osiągają. Malowanie czegokolwiek zakłóciłoby tylko klarowność przekazu,” i tak dalej.

Rzecz w tym, że nie namawiam Kosutha, by namalował krzesło, nie proponuję, by namalowane krzesło dołączyć do jego pokazu. Po prostu zapisuję zdanie: „Postanowiłem namalować obraz pod tytułem „Czwarte krzesło.”
Za szybko, za daleko? A może błąd w ocenie sytuacji? Przecież nie jestem malarzem, jeszcze nie jestem? Ale mam prawo do marzeń. Nabyłem je za dziesięć funtów szterlingów na Paddington.​

Zamalowany obraz

„Obraz, który nie szokuje nic nie jest wart” – stwierdził Duchamp, ale prawdę mówiąc się z nim nie zgadzam. Czy studentowi, który jeszcze niczego nie namalował wolno się nie zgadzać z największym (być może) twórcą nowoczesności?
Wolno, skoro się z nim nie zgadzam. Na tym polega wolność. Nawet taka za dychę.
Obraz jest wart, jeżeli jest obrazem – tak pozwalam sobie odpowiedzieć. To quasi-definicja, którą stawiam ad hoc. Mam całe życie, by wymyślić lepszą. Na tym polega wolność i wiara w malarstwo (a może tylko wiara we własne możliwości in spe?).
Jeżeli już miałbym przyjąć tezę Duchampa musiałbym zapytać, kogóż ma szokować? Publiczność? Jaką publiczność? Krytyków? Historyków sztuki? Innych artystów? A może autora?

To ostatnie nie jest pozbawione pewnej logiki. Niczego jeszcze nie namalowałem, ale mogę sobie wyobrazić, że w procesie dochodzenia do czegoś własnego (stylu? gestu? rozumienia sztuki? widzenia świata poprzez sztukę?) napotkam bariery, które będę przekraczał. Czy to będzie doświadczenie szokujące dla mnie samego? Czy to możliwe? Możliwość wydaje się być kluczem. Możliwe staje się dostępne, a nawet łatwo dostępne – wystarczy tylko spełnić pewne warunki brzegowe: zostać uprawnionym na drodze powszechnie akceptowanego dekretowania, uprawomocnić się według reguł, przedstawić swoje „ja” w sposób łatwy do przełknięcia i już można uruchomić produkcję własnego talentu – jego istnienie zostało przecież już dowiedzione. Ale można też zwątpić, zadać sobie pytanie o owe warunki brzegowe: „Co poza nimi? Co się stanie, gdy wykroczymy poza ramy, utarte schematy, dostępne reguły? Gdzie zawędrujemy zaglądając za kulisy sceny, na której w majestacie zwyczaju odbywa się dekretowanie? Czy znajdziemy się w sytuacji niemożliwej?  A może najwięcej jest wart obraz niemożliwy? A może to właśnie definicja malarstwa? Warte w nim to, co niemożliwe.

Drugą z dyskutowanych wczoraj prac było dzieło Roberta Rauschenberga o wyjaśniającym tytule Starty rysunek DeKooninga.  Dyskusja oczywiście tyczyła aspektów filozoficznych, estetycznych: „Przecież sens tej pracy nie leży w jego wyglądzie, z patrzenia na to dzieło nie można czerpać przyjemności estetycznych”, albo: „Jest to kawałek papieru z plamami, resztkami po istniejącym tu przedtem rysunku, a jednak nie powstało w ten sposób nic, lecz nowe dzieło”, i tak dalej.

Konkluzją tej dyskusji, i tego artykułu, było stwierdzenie, że w wyniku działania artystycznego powstaje dzieło sztuki, ale nie musi ono posiadać cech estetycznych. A nawet w ogóle nie musi być przedmiotem.
Dla mnie powstało pytanie o sens powtórzenia takiego zabiegu. Gdybym był malarzem, i gdyby mój przyjaciel, równie wybitny malarz, ma się rozumieć, podarował mi swoje płótno, jakiś wybitny obraz reprodukowany w podręcznikach dla dziatwy, a ja bym go zamalował – gdzieś, kiedyś w przyszłości – to czy akt taki byłby jedynie pustym powtórzeniem czegoś, co się dokonało i to dość dawno, zanim się urodziłem? Czy też byłoby to zabiegiem uprawnionym w nowej rzeczywistości, jaka powstanie gdzieś, kiedyś, w przyszłości? Choćby nie wniosło już niczego do sztuki, do dyskusji o estetyce, a było jedynie spełnieniem wizji z przeszłości? Przecież, gdy ja będę starym malarzem, z brodą, w palcie i berecie – a mam na to chyba większe szanse niż na zostanie architektem, wyścigowym kierowcą, albo baletnicą Teatru Bolszoj – to dzisiejsze rozważania będą miały charakter archeologiczny.
Nie wiem, czy takie zdarzenie miałoby sens z punktu widzenia krytyki sztuki, ale na pewno miałbym do tego prawo, bo prawo do posiadania marzeń i prawo do ich realizacji jest wolnością.​

Golenie

Trzecią z dyskutowanych wczoraj prac było dzieło Marcela Duchampa L.H.O.O.Q., co czytane po francusku ma znaczyć „ona ma gorący tyłeczek”. To Mona Lisa, a dokładniej niewielka reprodukcja z domalowanymi wąsami i bródką. W drugiej wersji nosi tytuł Ogolona i jest reprodukcją Giocondy bez wąsów i brody.

Dostałem odbitkę (specjalnie dla mnie zrobili ci ludzie z galerii) artykułu Binkley’a, na pismo mnie nie stać z wiadomych powodów wolnościowych. Próbuje zrozumieć. Kwestią podstawową ma być, podobnie jak w przypadku wytartego rysunku DeKooninga, brak możliwości estetycznych doznań z obcowania z tym dziełem. Zresztą sama estetyka, w rozumieniu osiemnastowiecznej filozofii zajmującej się sztuką, straciła narzędzia i zdolności do oceny sztuki. Z powyższego ma płynąć wniosek, że nowa sztuka, konceptualna, ma dać możliwości, jakich estetycznie badana, czy badalna, sztuka dotychczasowa mieć nie mogła. Otworzyć przestrzeń dotychczas niedostępną.
Autor pisze tak: można zobaczyć na obrazie Turnera krowę, ale trudno ją wydoić.
Myślę, że ten tekst jest dziełem sztuki, chociaż go jeszcze nie rozumiem. Mam nadzieję, że go kiedyś zrozumiem. Widziałem w National Gallery obraz Tintoretto, z dziwnym wewnętrznym światłem, i widziałem niesamowity, nowoczesny obraz Velazqueza i też ich nie rozumiałem. Ale ich niezwykłość, którą nazwałem nowoczesnością, wyczułem.
Zadaję sobie pytania, czego bardziej nie rozumiem: Tintoretta, Velazqueza, tekstu-dzieła sztuki Binkley’a, Londynu, współczesnego świata czy golenia Mona Lisy?

W końcu jestem z prowincji.​​

Nauka angielskiego nocą

Pijany powiedziałem, że chciałbym kiedyś pojechać do Wenecji i zobaczyć obrazy wenecjanina Tintoretta tam gdzie je malował, gdzie żył, umarł. I popływać gondolą. Powiedzieli, że jestem prowincjuszem, „provincial”, a ktoś dodał „hick”.
Nie znałem tego słowa, teraz znam. To brzydkie słowo oznacza prowincjusza bardziej.

Jeżeli zostanę kiedyś malarzem

Zadaje sobie pytania o sztuce, a tymczasem moja kariera architekta in spe rozwija się w najlepsze. E. E. Kownack zleca mi projekty kolejnych restauracji. Początkowo jeździłem tam rano, żeby obejrzeć, zinwentaryzować, czyli pomierzyć ile się da upchnąć stolików. Chciałem mieć to jak najszybciej za sobą, żeby ruszyć w miasto na oglądanie galerii. Zdarzało się, że restauracja była zamknięta, a obsługa czy właściciel niezbyt zachwyceni moją wizytą. Ranki to nie jest pora dobra dla restauracyjnego biznesu. Któregoś dnia miałem więcej pracy w biurze i zjawiłem się w restauracji po dwunastej. Szef przyjął mnie z honorami należnymi architektowi, jak przedstawiał mnie Kownack, i zaprosił na lunch „na koszt firmy”. Niezwykle mi się to spodobało. Stwierdziłem, że mam dużo pracy, żeby mu zrobić dobry projekt, i że wpadnę raz jeszcze.  Przy następnej wizycie szef pokazał mi stojącą w kącie amerykańską, jak zaznaczył, maszynę w drewnianej obudowie, z ekranem, i magicznym napisem PONG. Była to gra wzorowana na tenisie, czy jak nazwa sugerowała ping pongu, i gra wciągnęła mnie tak bardzo, że straciłem ładnych parę pensów.

Rysując szkice wnętrza restauracji narysowałem też kilka układów z wynikami, które osiągnąłem w grze i wpadłem na pomysł namalowania takiego obrazu. Jeżeli zostanę malarzem, będzie to mój pierwszy obraz. No 1.​

Gołębie, jaskółki

Było tak: smutny Hindus był, jak wspomniałem, solidnych rozmiarów. Gruby. Kolejne spotkanie u nas w biurze na Star Street, albo Sale Place – jak kto woli, miało chyba być decydujące, w każdym razie ważne, bo Kownack się nie spóźnił i miał czystą białą koszulę. Wyprasowaną. Kazał Bernice udawać, że jest czymś zajęta (powiedział jej: – Do something, or so.), a mnie zapowiedział, że mam dobrze wypaść (– Be good!). Co znaczyło, że nie będzie wypłaty, jeśli z Hindusem coś pójdzie nie tak.

Hindus wkroczył majestatycznie, Kownack udawał luzaka, ale był spięty, najpierw zamknęli się w jego gabinecie, potem przyszli do mnie. Grzecznie wstałem i przysunąłem Hindusowi krzesło. Rozmawiali o moich szkicach nie zwracając na mnie zbytniej uwagi, czasami Hindus o coś spytał, starałem się odpowiadać krótko i rzeczowo. W końcu wybrali jeden rysunek i gruby Hindus położył go przed sobą, sięgnął po krzesło, które mu wcześniej podałem i kłapnął na nie może nieco zbyt energicznie. Krzesło zatrzeszczało, Hindus zachwiał się, Kownack poczerwieniał łapiąc go, ja (chyba) zbladłem i szybko podałem mu inne, metalowe. Pamiętałem jego tyrady, że świat jest ogólnie do dupy, więc ratowałem się bąkając, że kiedyś stolarze byli lepsi, a teraz nie potrafią sklecić porządnie krzesła. Musiałem dobrze trafić, bo Hindus podchwycił temat i powiedział, że drewniane krzesło powinno być złączone na dovetail joint, a nie skręcone śrubami. Oczywiście śruby były fucking bolts.
Kownack był coraz bardziej czerwony, ale nie dopuściłem go do głosu, a może i rękoczynów. Myślę, że chciał mnie zabić. Powiedziałem Hindusowi, że się świetnie zna na rzeczy, bo dovetail joint jest najmocniejszym połączeniem, a został wymyślony na Wschodzie i Chińczycy stosowali go już za Pierwszego Cesarza w III wieku p.n.e. Trafiłem jeszcze lepiej, bo Hindus uśmiechnął się po raz pierwszy (chyba w życiu) i gadał przez parę minut o historii Wschodu – Chin, Indii i jeszcze czegoś – rozumiałem połowę jego dziwacznej angielszczyzny i zero z nazw, które wymawiał chyba w hindi, a może nawet po chińsku. Zrozumiałem, gdy spytał, skąd wiem o Pierwszym Cesarzu. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że niedawno byłem w Chinach i niezgodnie z prawdą powiedziałem, że fascynacja kulturą Wschodu doprowadziła do tego, że dowiedziałem się, że za czasów Pierwszego Cesarza stosowano połączenia na jaskółczy ogon, czyli dovetail joint. Rozanielony Hindus wyjaśnił mi, że to połączenie było znane znacznie wcześniej, ba za czasów wczesnych dynastii w Egipcie.
Wyszli, Kownack zabrał gościa z powrotem do siebie i teraz pewnie modlił się by walnięta Walijka Bernice nie wycięła jakiegoś numeru, skoro jego gość już przeżył wizytę u mnie i na moim źle skleconym krześle.  A skąd wiedziałem o Pierwszym Cesarzu z III wieku p.n.e. i dovetail joint? Jak wspomniałem to nie fascynacja kulturą Wschodu, a pewną piękną i niedostępną Chinką w hotelu w Pekinie doprowadziła do znajomości rzeczy. Pracowała w informacji turystycznej na parterze hotelu, po lewej stronie wielkiego, marmurowo-sowieckiego hallu i nie chciała się ze mną umówić na żadne spotkanie, zwiedzanie, spacery. Przyjeżdżała na niezwykle romantycznym, zdezelowanym rowerze i na nim znikała po pracy w mrowiu nierozróżnialnych szarych, ciemnych postaci pracowicie skrzypiących trzypasmowymi, szerokimi bulwarami Pekinu. Środkowy, wąski, dla rzadkich samochodów w obie strony i dwa szerokie dla milionów rowerów, każdy jednokierunkowy.
Nie wiem, jak miała na imię, nie pamiętam jak nazywał się Pierwszy Cesarz, ale wiedziałem, bo mi pokazała, miejsce w czerwonej książeczce, a może Czerwonej Księdze, gdzie Mao Tse-tung wyraża się o nim z uznaniem. Nie pamiętam strony, zresztą oni liczą od tyłu. Codziennie przychodziłem do niej i dostawałem ową książeczkę w czerwonej plastikowej oprawie we wszystkich możliwych językach, z japońskim i koreańskim włącznie, różne foldery i informatory i to ona mi opowiedziała o grobowcach łączonych na dovetail joint. Nie miałem pojęcia, co to, a ona mi rysowała i tłumaczyła, jakie to mocne, a patrzyłem w jej niezwykłe, ciemne oczy. I nie mogłem się nadziwić, że dove to gołąb, a ja byłem pewien, że gołąb to po angielsku pigeon. Chciałem, żeby poszła ze mną do parku i mi pokazała gołębia (może chińskie są inne?) ale nie wyszło; pokazała mi rysunek w książce. Gołąb jak gołąb. Aż któregoś dnia w informacji pojawił się pryszczaty gość w czerwonym krawacie.

Po szczęśliwym powrocie do domu (szczęśliwym, bo w Chinach tylko raz mnie zamknęli, a w Korei, u Kim-Ir-Sena dwa razy) sprawdziłem, że u nas to się nazywa jaskółczy ogon. A gołębie pocztowe, wyścigowe i wszystkie inne to rzeczywiście pigeons, ale gołąbek pokoju to Dove of Peace.

Kownack wpadł do mnie, bo gość wychodził, miałem się pożegnać. Odprowadziliśmy go do drzwi, ale za drzwiami lało. Hindus zapytał Kownacka, czy ja mógłbym skoczyć do sklepu po parasol. Kownack uprzejmie się zgodził, jakby pozwalał Hindusowi pogadać przez swoją słuchawkę-buławę. Hindus dał mi 20 funtów, banknot, który rzadko, jeśli kiedykolwiek, przechodził przez moje ręce. Czy miałem mu kupić najdroższy parasol świata, czy „keep the change”? Rozmyślając dotarłem do Edgware Road, znalazłem sklep i odważnie poprosiłem o najtańszy parasol. Kosztował niecałe pięć funtów. Rozkładany, automatyczny. Liczyłem na reszty.
Stali w drzwiach, pożegnali się, Hindus poklepał mnie po ramieniu dziękując za parasol, gdy bardzo powoli i bardzo nie w tej, co trzeba, zacząłem grzebać kieszeni, wypowiedział sakramentalne „Keep it”. Schowałem się w biurze i zza zalanej deszczem szyby patrzyłam, jak gruby, bardzo gruby Hindus otwiera bardzo tani i bardzo mały parasol, chyba damski, który ledwo chronił jego głowę. Próbował ustawić parasol w optymalnej pozycji i, jakby ze zdziwieniem, obserwował duże krople padające na jego brzuch.
Czmychnąłem do swojego biura, a Kownack, słyszałem, wyładował złość na Bernice. Czy to sprawiedliwe? Nie, ale jej było wszystko jedno. Gdyby jej dać dostatecznie dużo lakieru do paznokci, można by ją wysłać w kosmos zamiast psa Łajki.

Pstryk! Czy mam prawo tak powiedzieć? Nie. Kto, i kiedy, może osądzać? Nie ja, nie tu, nie ją. Czy mnie można zabronić malowania czwartego krzesła? Może tak, skoro czepiam się Bernice, bo maluje paznokcie. Czym malowanie czwartego krzesła jest lepsze od malowania paznokci? Z jej punktu widzenia? Może ona, tymi systematycznymi pociągnięciami różu, wprowadza porządek w chaosie spraw, które ją otaczają? Z jej punktu widzenia Kownack jest wariatem (na pewno) i ja prawdopodobnie też. Mildred, sąsiadka odgrodzona od świata murem z papilotów i przesądów, też. Wszyscy zwariowali.
A może z tego chaosu należy wybrać jakąś małą cząsteczkę, fragment nieopisywalnej całości i nim się posłużyć? Czy można namalować różowy paznokieć Bernice, czy to będzie obraz? Papilot? Czy zamiast czwartego krzesła jego drobny fragment? Kawałek drewienka ze śrubką? Albo stolarski dovetail joint?

Pierwszy sukces

odniosłem dzięki papiliotowej Mildred. Hindus zaakceptował projekt, Kownack dostał zaliczkę, ja zaległą wypłatę, knajpę zamknięto, ruszyły prace. Wszystko było ok, zamontowano błyszczącą kuchnię, pomalowano ściany według mojego projektu mocno inspirowanym Mondrianem, zmieniono wykładziny (bez udziału inspiracji, Kownac wybrał najtańsze a mnie kazał w razie pytań wyjaśnić dlaczego są takiego a nie innego koloru – były brudno-rdzawe) i kilka drobiazgów, ale nadal nie miałem owego „czegoś” – jak wcześniej wyjaśniał Hindus miało być, najlepiej przy wejściu, coś przykuwającego wzrok, tworząc nastrój eleganckiej willi, albo zamku, malowidło na ścianie, albo tarcze i miecze, albo stać koło od dyliżansu. I gdy zawiodły poszukiwania na pchlim targu i u podejrzanego typa, który na tyłach Paddington handlował wszystkim któregoś poranka pojawiła się w biurze Mildred w papilotach i ogłosiła, że mój służbowy Ford Granada ma zniknąć sprzed jej domu bo ustawią skip, czyli kontener na złom i gruz. Mildred postanowiła uporządkować swój yard, czyli coś na kształt ogródka skrytego za murem. Odstawiłem auto, postawili kontener i kończyłem rysunki z widokiem na dwóch kolesi, którzy głównie palili i gadali, a czasami wrzucali jakieś śmieci do kontenera. I nagle wytaszczyli drewniane koło od dyliżansu, w każdym na takie wyglądało. Wyskoczyłem z biura, Mildred zgodziła się mi je oddać i do późnej nocy szlifowałem je papierem ściernym i lakierowałem. Rano piękne i śliniące stało w hallu biura, nawet Bernice je zauważyła i coś powiedziała. Było tak duże, że nie zmieściło się do Granady Kombi. Kownack wysupłał parę funtów na transport vanem i dostarczyłem je osobiście do knajpy. Hindus stwierdził, że jego znajomy ma buty kowbojskie i jakąś strzelbę i doda to do koła, był wyraźnie zadowolony co pozwoliło mi pokryć straty z trzech kart na Paddington. I to znacznie powiększone. Wiele lat później, inny Amerykanin powiedział mi, że nazywa się to return on investment.
A jeżeli to naprawdę była cena za wolność?

Interpretacja

Charing Cross Road. Sterty książek, czasopism. Wyczytane, podniszczone i prawie nowe. Nawet mnie na nie stać. Za dychę, którą przerżnąłem na Paddington mógłbym kupić całą walizkę, i pewnie połowa z nich zakazana w Polsce. Na Okęciu by mnie zamknęli za przemyt zagrażający ustrojowi. Jakiś lichy ten ustrój skoro podpity koleś z czerwonym nochalem ma na chodniku tekturowe pudło z bronią atomową o niszczycielskiej sile po parę pensów za sztukę. Są też książki o sztuce i katalogi z wystaw. Znalazłem Remarks on Colour Wittgensteina i Against Interpretation Susan Sontag. Zapłaciłem pół funta za dwie, po piwie za każdą.

Łódź podwodna

Londyn pozostał hen daleko. Spotkania z przyjaciółmi, picie wódki itp. Duże i szare ciągnie mnie w dół, dziewczyny ratują.
Nadal usiłuję studiować architekturę. Mam odrobić zaległe praktyki robotnicze. Ursynów. Rano zgłaszam się do kierownika budowy.
– Wyglądasz niegłupio, będziesz wypisywał wuzetki.
– Co to?
– Co ty, kurwa, nie wiesz?
Za bezwiedzę o wuzetkach trafiłem do brygady lastrykarzy jako pomocnik betoniarza. Pokwitowałem odbiór waciaka i gumofilców. Jakoś nie miałem ochoty się przebierać.
– Te, student, skocz po flaszkę.

Poszedłem na spacer, obejrzeć budowę lepszego jutra. Wypiłem pod sklepem piwo i wróciłem koło południa. Brygada już mocno napita i bardzo się śmiali. Okazało się, że któryś nasrał do moich gumofilców. Na tym zakończyłem udział w marksistowskim eksperymencie. Waciak wrzuciłem do betoniarki i ruszyłem na poszukiwanie jakiegoś transportu do miasta. Spotkałem dwóch kolesi z ASP, w podobnym stanie ducha. Wypiliśmy flaszkę. Wstąpiliśmy do mnie na Wydział, zaprzyjaźnionej dziekanicy powiedziałem, że moja kariera robotnicza zakończyła się z powodu klasowego konfliktu interesów. Spotkaliśmy zjawiskową T. i jej koleżankę. Idziemy na lody. Lody to mój patent: zapraszam na lody Palermo do Dolinki Szwajcarskiej. Brzmi dobrze. Tak naprawdę Palermo jest na Mokotowskiej, ale do Dolinki dwa kroki. Zanim dochodzimy do lodziarni, jeżeli sprawy mają się w dobrym kierunku, wstępujemy do pewexu, dokładnie naprzeciwko. Gin, Martini, butelka toniku i już lodziarnia niepotrzebna. Teraz też idzie dobrze. Koleżanki się wyluzowały, jeden koleś wymięka, skład się stabilizuje. Siedzimy w Dolince na ławce pod starym kasztanem, na wprost budynku KW, dla niewtajemniczonych komitet wojewódzki – sort of subsidiary of KC, komitet centralny przy rondzie Nowego Światu. Do KW wejście jest gdzieś z drugiej strony, może od Ujazdowskich, może od Alei Róż. Co za różnica? Ale nagle mi odbija (chyba nie powinienem mieszać) i zamiast patrzeć zjawiskowej T. głęboko w oczy, zastanawiam się, co oni tam robią w tym KW? Tyle pięter, tyle okien, może tych drzwi nie ma w ogóle? Siedzą za biurkami, w tych szarych, wymiętych garniturkach, na grubych dupach i się w te foteliki tymi swoimi dupami wkręcają, tak się wpasowują, żeby siedzieć jak najmocniej, wwiercają się by przylgnąć całym swym jestestwem. A z nieba, z tego i c h  Nieba spływa na nich małmazja: ten  i c h  Bóg, z  i c h  rogu obfitości, wylewa na nich gówno z wielkiego kosmicznego gumofilca.

Wlazłem na fontannę i mówiłem dalej – jakby prawda objawiona o istocie tego tutejszego świata wymagała ujawnienia natychmiast i na mnie spłynął ten zaszczyt i obowiązek a światłość, niczym u Tintoretta, biła zza chmur. I mówiłem dalej, bo odkryłem prawdę o zawczasu przygotowanej drodze ucieczki: w podziemiach na pewno stoi łódź podwodna zanurzona w gównie na głębokości peryskopowej gotowa załogę Komitetu Wojewódzkiego wywieźć w razie potrzeby do ojczyzny proletariatu, wraz z biurkami, fotelami, wymiętymi garniturami w kolorze płyty chodnikowej i resztą imponderabiliów. Przemawiałem, a koleś, ten co już wymiękał, odzyskał siły i zanim spostrzegłem (byłem przecież chwilowo oddelegowany do spraw ontologicznie najwyższych, nawet wyższych niż zjawiskowa T.) – właśnie ten koleś gdzieś się odhalsował wraz ze zjawiskową T.
W takich dramatycznych chwilach, gdy walka o prawdę, zamiast zrozumienia (na przykład w ramionach zjawiskowej T.) zostaje zdradą nagrodzona – nie pozostaje wtedy nic poza rodziną. Ruszyłem do brata. Mój brat cioteczny, nie wiedzieć czemu Cyklon, też studiuje na Wydziale, ale rok wyżej, mieszka na Frascati.. Trafiłem na imprezę dobrze zaawansowaną: dam już nie było, a dokładniej odgłosy zza pozamykanych drzwi uświadomiły ile straciłem nawiedzając ten lokal tak późno, Cyklon narzucił niepokojąco ostre tempo picia, w końcu jakiś koleś porwał ostatnią flaszkę i zabarykadował się z nią w łazience. Krótko mówiąc, nic już nie mogło ukoić dramatu utraconej zjawiskowej T.
Wabiony odgłosami sąsiedniej imprezy, ruszyłem do domu obok i tam w brzasku wrześniowego poranka doznałem kolejnej iluminacji: elegancka przedwojenna kamienica, z marmurową klatką schodową, a na tym marmurze wymalowana lamperia, pewnie zgodnie z dyrektywą Komitetu Wojewódzkiego. Można by powiedzieć: „I cóż tam, lamperia?” Wpatrzony w szaro-burą olejną farbę wypełniającą każdą rysę, każdą szczelinę przedwojennego marmuru, przylepiony wręcz do jej połyskliwej zimnej powierzchni, chwytając się kamiennych zagłębień by wspiąć się wyżej, na kolejne piętro dotarłem w końcu do mieszkania, gdzie muzyka jeszcze grała, ale duch imprezy uszedł wraz z ostatnimi chwilami nocy, zanikł w oparach dawno wypitego alkoholu i dymu z luksusowych pewexowskich papierosów, po których pozostały pety wdeptane w dywany, wtopione w farbę framugi drzwi i z tych mgieł porannych, a dokładnie zza drzwi kuchennych zdobnych w peta, wyłoniła się zjawiskowa T.
Tak spełniła się dziejowa sprawiedliwość, wynagrodzone zostało moje poświęcenie sprawom wyższym, zrządzeniem losu zostaliśmy sobie przeznaczeni – w każdym razie, w tym momencie, byłem o tym przekonany. Zjawiskowa T nie oponowała, zdawała się przyjmować moje deklaracje, byłem pewien, że jej magiczny wyraz twarzy wyrażał akceptację moich wywodów o przeznaczeniu. Nalegała jednak byśmy wyszli. Była poważnie napita. Na półpiętrze, otoczeni lamperią, w blasku porannych zórz, spieraliśmy się o wartości ostateczne – dowodziłem skończoności estetycznych doznań z obcowania z dziełem sztuki, jakim były jej piersi. Ona domagała się świeżego powietrza. Ja nalegałem na pogłębienie obszaru estetycznych badań. I tak kolor lamperii towarzyszył nam aż do parteru, i tutaj dopiero, przy bliższym, organoleptycznym badaniu okazał się zawierać wszelkie odcienie naszej rzeczywistości, objawił się w porannych zorzach jako nośnik wszelkiej prawdy o nas samych, naszych siłach przewodnich i konstytucyjnie zagwarantowanych przyjaźniach. Toż to uniwersalny kolor tutejszej wszystkości!
Nie jakaś tam uproszczona paleta Tycjana z czerwienią, ugrem, bielą i czernią. Nie jakieś tam fanaberie światłem Tintoretta, czy ekscesy Velazqueza. Nie ma też barokowego elementu struktury wizualnej podpartej walką światła i cienia – przecież światłość już zwyciężyła, a przyjaźń mamy w konstytucji. A zamiast formalistycznej zasady mistrzów niderlandzkich XV wieku – chromatycznych, przejrzystych cieni i niuansów, mamy tutaj jednoznaczną, odważnie bo proletariacko położoną impasto światłość zbudowaną ze skomplikowanej palety delikatnych błękitów, indygo, kobaltu z domieszką ultramaryny, złamanych paloną umbrą ze śladami payne gray. A całość cudownie zgaszona bielą.

Tak siedziałem na kamiennych schodach i podtrzymywałem głowę zjawiskowej T, której żołądek nie wytrzymał trudu nocy. Podałem jej chusteczkę, a ona odwróciła wzrok, jakby trochę zawstydzona, i wpatrzona w lamperię powiedziała:
– To farba do malowania łodzi podwodnych.

Mietek

Było tak: mój brat Cyklon dał sygnał, że chata wolna więc halsuję się na Frascati w przyspieszonym tempie. Wpadam na klatkę schodową i widzę, że zamykają się drzwi do windy, więc podbiegłem i nieco zbyt energicznie szarpnąłem. W końcu każda chwila bezcenna. Włażę do windy, a tam facio w palotku, takim w jodełkę, wsadza rękę za pazuchę i wyciąga pistolet. Kurde, cofnąłem się, coś bąknąłem, że pójdę pieszo. Uff, winda pojechała. Doczłapałem na czwarte piętro, w drzwiach spotykam ciotkę Nonkę, mamę Cyklona (jednak za bardzo się pospieszyłem) i opowiadam. A ona na to: – A, to Mietek, mieszka tu. My go omijamy, lepiej mu nie włazić w drogę.
Mietek. Mieczysław Moczar.
Obrazy o komunizmie powinny być w jodełkę. Albo w pistolety.

Cel malowania obrazu. Cel, pal!
(fragmenty z lat 1981 – 1985)

Próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie, jak staje się obraz. Czas mija, kolejny rok, już studiuję malarstwo, jeszcze nie przestałem architektury, więc nadal nie wiem, czy będzie mi dane zaprojektować dom kultury, którego nikt nigdy nie wybuduje, czy namalować obraz łodzi podwodnej gotowej umknąć do stolicy światowego proletaryatu unosząc na swym pokładzie załogę KW w komplecie. W pozycji militarnie i politycznie jedynie słusznej, na leniuszka, czyli zanurzonej do peryskopowej.

Wojna polsko-polska zastaje mnie w gościnnej Antwerpii, gdzie postanawiam przeczekać. W domu armia czeka, w dziekanacie był osobiście pułkownik Rap ze Studium Wojskowego z biletem dla mnie do karnej jednostki w Nowym Mieście Lubawskim nad Pilicą, albo czymś takim. Kontakt z rodziną zapewnia Magda, koleżanka z ogólniaka, teraz w liniach KLM, przesyła do zaprzyjaźnionych Belgów pilne telegramy w stylu: „Zalecamy przełożenie turystycznej wizyty w Polsce na późniejszy termin”. Oni się nigdzie nie wybierali.

Akademia w Antwerpii zapewnia mi nieformalne wykształcenie, Louis, znajomy Belg, zapewnia dach nad głową, który z czasem zamienia się w moją pierwszą w życiu pracownię. Poprzez kumpla, Marka Sadowskiego, poznaję Stefana Knappa i szybko się zaprzyjaźniamy. Jest artystą nieznanym w Polsce. Był pilotem RAF-u, studiował malarstwo w Londynie, o którym opowiada nieskończenie i fantastycznie, wymyślił technikę emalii na stalowych płytach, ale maluje też akryle na płótnie. Od niego dostałem pierwsze płótna do dużych formatów. Kupuje je w Belgii. Przyjeżdża wówczas do Antwerpii, zostawia mi jedną rolkę płótna i łazimy po knajpach. Farby, za jego pośrednictwem, kupuję w fabryce w Apeldoorn, w Holandii. Przy winie rozmawiamy o malowaniu obrazów. Opowiada o tym jak doszedł do własnej „szkoły”, jak działał z Salwadorem Dali, jak współpracował z największymi galeriami w Londynie i o tym, jak te galerie go niszczą od czasu, gdy zaczął sprzedawać sam, bez ich pośrednictwa. Zaprasza mnie na lunch do swojego belgijskiego klienta, właściciela wielkiej firmy w Brukseli, która handluje rybami, a raczej wykwintnymi frutti di mare. Jemy coś co nie śmierdzi jak w wyszynku w Rucianem, a Stefan pokazuje swoje dwie nowe prace, a ten facet je kupuje. Po trzysta tysięcy franków sztuka. O kurcze!
Ja też już jestem malarzem, żyję ze swoich obrazów. Dokładnie: z obrazu. Sprzedałem pierwszy. Za pięćset franków.
Żeby nie było wątpliwości, mówimy o frankach belgijskich, nie francuskich.
Nie mogę się uwolnić od Knappowskiej koncepcji „szkoły”. Powiedziałem mu, że Malewicz walczył. Z materią obrazu, z sobą samym, z systemem, z całym światem. Aż wywalczył Czarny Kwadrat. Tam nie ma „szkoły”, jest walka o każdy krok do przodu, o każdą „barykadę”. Knapp się śmiał: „Dzisiaj nie ma barykad. Chcesz być malarzem, wypracuj swoja szkołę.”
– Ale ja nie chcę – odpowiedziałem. – Mam prawo szukać nie po to by znaleźć.
– Więc po co? – spytał.
– Choćby po to, by błądzić. By poznawać. Refleksja filozoficzna nad sztuką odkrywa, jak staje się prawda oraz, podobnie jak sama sztuka, odkrywa problemy, a nie udziela gotowych odpowiedzi w postaci formułek, szkół.
– Zadaniem i celem malarza jest namalować obraz. A nie zastanawiać się co jest prawdą. Prawda jest w obrazie.
– Jest, albo jej nie ma. Istnieją obrazy pozorne, które spełniają formalne warunki bycia sztuką, ale nią nie są.
– Kogo masz na myśli?
– Taki Sam Francis. Dripping, cieknie farba i niewiele z tego wynika.
Stefan wpatrywał się we mnie, odniosłem wrażenie, ze znudzeniem. Sączył powoli wino czerwone, poprosił o kolejna karafkę, a ja gadałem dalej:
– Malowanie obrazu jest opowiadaniem historii, zawsze jakiejś. Ja nie widzę u Francisa historii. Andy Warhol opowiada klarowne historie o sobie samym, opowiada je bardzo malarskimi obrazami świata, jaki widzi, który go otacza. Jest pejzażystą, takim facetem w berecie, z paletą w ręku, przenośnymi sztalugami i drewnianą skrzyneczką z farbami. Ustawia to wszystko i maluje z natury. Z punktu, w którym stoi, to co widzi. Ten punkt, to jak patrzysz i jak malujesz, jest swego rodzaju umową. Warhol niczym się tu nie różni od Corota. Maluje równie czyste pejzaże i opowiada tak realistycznie jak Courbet: o czymś, co widzi. Różnica pomiędzy Courbetem i jego kamieniarzami na polnej drodze, wiatrem zwiewającym liście z drzew na wsi u Corota a warholowskim krzesłem elektrycznym czy butelką coca-coli sprowadza się do sposobu obserwacji. Warhol używa mediów, gazet, telewizora, czyli manipulatorów informacją w skali przemysłowej.

Nieważny jest powód malowania obrazu, ważna jest prawda, droga do prawdy, jej poszukiwanie. Wszystko, czyli nic, może być pretekstem do namalowania obrazu. Wiek dwudziesty dał nam prawo do nieakceptowania ustalonych hierarchii, dał więc prawo do ustanawiania własnych kryteriów wartości. To prawo do wolności jest wykorzystywane do poszukiwania prawdy, jaką sztuka ma wyrażać. Doszliśmy jednak do punktu, w którym sztuka zastąpiła badanie rzeczywistości jej współtworzeniem. Nie zawsze jednak wszystko jest sztuką. Proces owego ustanawiania hierarchii wartości odbywa się na drodze umowy. Pytanie brzmi, kto z kim tę umowę zawiera. Artyście przysługuje prawo do powiedzenia: Ja się z wami tak nie umówiłem, w tych zawodach nie biorę udziału. Jest to umowa, co do pozycji: artysta ma prawo ukryć się za szybą, zza której obserwuje otaczający świat. Jeżeli jednak powiemy, że prawda jest w obrazie, należy też zadać pytanie, czy prawdziwym jest twierdzenie, że afirmacja dzieła sztuki dokonuje się poprzez samo jego zaistnienie? Sztuka o tyle przekazuje treść w niej zawartą, o ile zrozumiała jest umowa, według której funkcjonuje. Ja widzę uprawianie sztuki z zainteresowania światem i fascynacji magią samej sztuki, z ułomności tego, jak ten świat funkcjonuje, z obrony przed rzeczywistością, która chce nami zawładnąć. Sztuka jako czysta magia, wszechświat rzeczy najważniejszych i ostatecznych. Każdy obraz, każde dzieło sztuki jako próba opowiedzenia wszystkiego od początku, a malowanie obrazów jako podróż, z której się nigdy nie wraca. Każdy jest artystą – według Beuysa prowokuje pytanie jeżeli jestem, to co? Umowność hasła każdy jest artystą zostaje poszerzona o warunkowość pytania jeżeli jestem, to co? Jakie są konsekwencje tego, że jestem? A jeżeli jestem artystą, to co tym bardziej? Jakie są konsekwencje tego, że artysta jest? Z drugiej strony stwierdzenie każdy jest artystą zostaje zamienione w pytanie, czy i jak można go stworzyć. Czy sztuka po filozofii – według Koshutha – może prowadzić do rozważań o filozofii po religii, a dalej, do koncepcji sztuki po religii? Artysta stwórcą siebie samego? Jak daleko sięga możliwość kreacji i kiedy przestaje ona być prowokacją? I czy wówczas sztuka jeszcze istnieje, a jeżeli tak, to czy w ogóle ma jeszcze sens?

Sporo już wypiliśmy, ja szybciej piłem, szybciej mówiłem i wydawało mi się ze szybciej myślę.  I wtedy Stefan spytał:
– Znasz Sama Francisa?
Zamurowało mnie.
– Bo ja tak. Poznałem go w Kalifornii. Też był pilotem, latał w US Air Force, był ciężko ranny. Wiele lat leżał w szpitalu i tam zaczął malować. Powstrzymaj się od komentarzy na jego temat, OK?
Wycelował we mnie palec. Cel. Pal!
I, trochę chyba znudzony, cicho powiedział:
– Pif, paf.

Wystawa do dupy, jeden obraz sprzedany

Mam swoją pierwszą wystawę. Mieszkam i pracuję u Louisa na piętrze, oddał mi na pracownię wolne mieszkanie. W euforii maluję piętnaście obrazów, każdy ma być następnym krokiem, rozumie się milowym. Nie jest. W noc przed otwarciem długo chodzę sam po galerii i widzę, że coś jest nie tak. Nad ranem widzę już dokładnie, że wystawa jest kiepska. Otwarcie jest uroczyste, przemawia pani profesor z Akademii, a ja wiem, że wystawa jest do dupy.
Ktoś kupuje jeden obraz. Taki, który dołożyłem w ostatniej chwili.
Jadę do Brukseli na spotkanie z facetem, którego mi ktoś polecił jako „successful salesman”. Wyobrażam sobie, że spotkam dystyngowanego marszanda, kiedyś w Londynie spotkałem niezwykle londyńskiego kolekcjonera plakatów. W barze czeka na mnie facio w kiepskim garniturku i nerwowo się rozgląda. Od czasu do czasu unosi rękę i demonstracyjnie potrząsa złotym zegarkiem. Mówi szybko, bez sensu. Jak się sam przedstawia, jest wybitnym sprzedawcą wszystkiego. Twierdzi, że do sprzedaży podchodzi naukowo i może z sukcesem sprzedać wszystko. Twierdzi, że może też sprzedawać obrazy, chociaż jak sam przyznaje, nigdy jeszcze tego nie robił. Ostatnio sprzedawał rosyjskie samochody Wołga.
– Jak?– pytam przez ciekawość, chociaż miałem zamiar już wyjść.
– Mówiłem klientom, że są solidne jak sowieckie czołgi… i lepsze od mercedesów.
Mój wytrzeszcz oczu wziął chyba za objaw zainteresowania, bo ciągnął dalej: – Jakbyś chciał, załatwię ci takie auto z lepszym wyposażeniem za niższą cenę. Ma solidne podwozie, wielki bagażnik, mógłbyś wozić dużo obrazów…
Już wiem na czym polega wybitność w sprzedawaniu czegokolwiek.

* * *

Mój kumpel Luc, właśnie skończył studia ekonomiczne, dostał pracę i jest entuzjastą biznesu. Siedzimy wieczorem u Acker Bilka na Hovestraat w Edegem i opowiadam mu o wybitnym salesmanie. Luc jest zdegustowany.
– Prawdziwy marketing nie polega na wciskaniu kitu, ale wydobywa ukryte ludzkie pragnienia. Pozwala ludziom lepiej zrozumieć, czego potrzebują.
– Wątpię. Była moda na obcisłe spodnie, była na luźne, dzwony. Teraz wraca na jeszcze bardziej obcisłe. Czy twoja nauka chce wydobyć moją ukryta potrzebę, żeby mnie cisnęło w jajka?
Luc próbuje protestować. Ale ja swoje: – Gdy marketing nie zdoła już nikogo przekonać do spodni ciasno luźnych, wymyśli spodnie z dziurami na dupie.
Luc protestuje. – Nikt przecież nie kupi dziurawych spodni…
– Kupi. Jeśli marketing ich przekona, że tak lepiej, a tłum facecików ze złotymi zegarkami wciśnie odpowiednią porcję kitu. Widziałeś kiedyś na ulicy Antwerpii Wołgę?
– Chyba tak – odpowiada Luc niepewnie.
– Następnym razem zapytaj właściciela, czy to lepsze od Merca, i czy do bagażnika mieści mu się krowa.

Sukces przez duże S

Wierny swoim pomysłom trwałem w uporze ucieczki od „szkoły” i jeżeli już namalowałem coś znośnego, lub akceptowanego, natychmiast brnąłem dalej, głębiej, inaczej.  W Antwerpii, a dokładnie w eleganckim Edegem gdzie mieszkałem, miałem już kilku „swoich” klientów. Najlepszym był Ernest, który zajeżdżał swoim wielkim, okropnie brzydkim i okropnie drogim mercedesem i płacił tysiąc franków za obraz. Pewna galeria kupiła nawet hurtem dziesięć obrazów, a ja kupiłem sobie pomarańczowego Talbota Sunbeam i wynająłem wielką pracownię na zadupiu, czyli w centrum miasta, na tyłach Vlaamsekaai. Brukowana ulica, opuszczone domy, jeden sklep na rogu. I przed tym sklepem stanąłem któregoś letniego dnia grzebiąc w kieszeniach. Była sobota przed południem, wszyscy na wakacjach, miasto nagrzane, puste i nagle obce. Z resztką drobnych w dłoni zadałem sobie fundamentalne pytanie: bułka, czy papierosy?
Wybrałem papierosy. Luc wyjechał na weekend, pojechałem na śniadanie do Edegem do Louisa. Ochrzanił mnie, pożyczył na benzynę, zapakowałem wszystkie obrazy, a miałem ich z dziesięć i ruszyłem pomarańczowym Talbotem do Ipru, czyli Ypres. Albo Ieper, jak kto woli.
Znałem tam dwóch ludzi i wiedziałem, że rzadko wyjeżdżają. Geerd kochał swoje miasto, opowiadał i oprowadzał mnie godzinami po średniowiecznym rynku z największą świecką budowlą gotycką na świecie – sukiennicami Lakenhal. A najwięcej opowiadał o kolejnych wielkich bitwach i atakach gazowych w czasie pierwszej wojny.
Kto wie, że gaz musztardowy nazywa się iperyt od nazwy miasta, ręka do góry.
Pod koniec drugiej wojny Ypres został wyzwolony przez dywizję gen. Maczka, ale nie z tego powodu Geerd kupił już ode mnie trzy obrazy. Miałem nadzieję, że kupi jeszcze jeden. Co pozwoliłoby mi przeżyć kolejny miesiąc, zwrócić dług, kupić farby, i tak dalej.
Jeżeli nie, pozostawał Paul. Handlował samochodami i była szansa, że kupi mojego Talbota. Kolejny miesiąc, dług, farby, i tak dalej.
Ypres w sobotnie popołudnie był wymarły jak po ataku gazowym. Jedynie przez rynek przewalał się tłum spoconych turystów. Geerda zobaczyłem, gdy wychodził z domu. Jego słomkowy kapelusz i jasny garnitur uzmysłowiły mi mój T-shirt średniej, jeśli wręcz nie drugiej świeżości, i krótkie spodenki, od biedy można by je nazwać tenisowymi. To był naprawdę upalny dzień, a mój Talbot, jak się nietrudno domyśleć, nie posiadał klimatyzacji. Geerd się spieszył. Nie miałem wyjścia: w dwóch słowach wyjawiłem cel mojej wizyty. Geerd zawahał się, ale po chwili szeroko uśmiechnął:
– Jadę do przyjaciół za miasto na obiad. Oni widzieli u mnie twoje obrazy i podobały się. Podwieź mnie, zrobimy im prywatny pokaz.
Duży wiejski dom, z wypielęgnowanym ogrodem na tyłach. Gospodarze przyjęli mnie ze zrozumieniem, mój strój i chyba już niemodne przeciwsłoneczne okulary biorąc za artystowską ekstrawagancję. Obiad, a raczej kolacja miała się zacząć pod wieczór. Geerd wspomniał, że mam ze sobą obrazy, co nie wzbudziło większego zainteresowania. Zostając tu dłużej mogłem niewątpliwie spędzić miły wieczór, dobrze zjeść, co ostatnio nie zdarzało się często. Ale mogłem też stracić szansę sprzedania Talbota, co było moją ostatnią deską ratunku. Paul miał dom obok swojej firmy, ale nie mogłem przecież przyjechać w sobotę w nocy. Po krótkiej rozmowie z Geerdem, który stwierdził, że i tak nie ma jeszcze wszystkich gości, i po rozmowie z gospodarzami, ustawiłem obrazy na tarasie w ogrodzie i ruszyłem do Paula.
Właśnie zamykał firmę. Wypiliśmy kawę, pokazałem Talbota, pogadałem z jego żoną o filmach i na tym miała się moja niespodziewana wizyta skończyć, gdy Paul przypomniał sobie, że ma klienta, który już raz od niego kupił Talbota. Złapał za telefon, pogadał chwilę i zapisał adres na kartce.
– Jedź do niego, czeka na ciebie.
Błądziłem asfaltowymi wiejskimi drużkami, bo w Belgii wiejskie drogi są lepsze niż katowicka, nie mówiąc o jedynej autostradzie Hitlera pod Wrocławiem (jest jeszcze autostrada Goeringa na Dolnym Śląsku, ale to inna bajka). Po godzinie chyba trafiłem. Facet miał bzika na punkcie samochodów, kochał Talboty, i swoją żonę, i dla niej go kupił. Pojechaliśmy na jazdę próbną, w samochodzie śmierdziało farbami, ona mówiła, że jak w nowym aucie. Umowę spisaliśmy u nich w kuchni, pieniądze liczyliśmy kilka razy, bo ciągle ktoś się mylił, a był to całkiem spory plik. Poprosiłem by mnie podwieźli do autobusu, który kursował główną drogą do miasta.
Odetchnąłem z ulgą dopiero siedząc już w autobusie. Miałem pieniądze, co prawda w kopercie, którą niezdarnie trzymałem razem z paszportem, dokumentami, kluczami, okularami bez sensu przeciwsłonecznymi – zapadł już zmrok, i kilkoma innymi drobiazgami, które zawieruszyły się w samochodzie. Nie miałem samochodu, w dodatku gdzieś w okolicy miałem dziesięć obrazów i teczkę rysunków.
Do znajomych Geerda dotarłem dobrze po dziesiątej. Bankiet rozkręcił się, sam chętnie wypiłem kilka kieliszków, wyjadłem resztki z pańskiego stołu i wtedy pani domu rzuciło hasło „Aukcja”. Wystawiono dużą lampę na taras, ktoś rozłożył rysunki na stole na środku tarasu. Obrazy stały oparte o balustradę. Wdałem się rozmowy o moich pracach: a co to, a po co, którędy. Wygłosiłem płomienną mowę o wolności artysty, o odrzuceniu ustalonych hierarchii, o odzyskanym, jakby wczoraj, prawie do ustanawiania własnych kryteriów wartości. Popijając whisky zaznaczyłem, że to prawo do wolności winno być wykorzystane do poszukiwania prawdy, jaką sztuka ma wyrażać. Muzyka grała głośno, a mnie się wydawało, że właśnie tu i teraz tę prawdę o sztuce odnajduję, i potwierdzam jej istnienie w moich pracach.
Po godzinie okazało się, że prawie wszystko co przywiozłem zostało sprzedane. Niewielkie płótno z naklejonym napisem „this is a duty of an artist to paint one painting daily” (obowiązkiem artysty jest namalować jeden obraz dziennie) podarowałem Geerdowi. 
Nie wiem doprawdy skąd oni mieli aż tyle gotówki przy sobie, a może to tylko dla mnie było „aż tyle”. Tak czy inaczej część pieniędzy za obrazy dostałem od ręki, resztę miał mi dostarczyć Geerd później. Nie uwierzycie, ale pliki pieniędzy, pospinane gumką, wsadziłem, sorry, w majtki, bo gdzie je miałem wsadzić? Było około drugiej, gdy dotarłem do dworca w Ypres. Był zamknięty. Okazało się, że pociągi w nocy nie kursują, główna trasa przebiega przez Kortrijk, jakieś 30 kilometrów dalej, i tylko stamtąd mogę się w nocy dostać do Antwerpii. Najbliższy pociąg odchodził o piątej rano.

Była ciepła letnia noc, poszedłem na spacer, znalazłem bar, połaziłem po pustym mieście, przemęczyłem się nad kolejnymi filiżankami kawy do rana.
Do Antwerpii dotarłem przed ósmą. Była niedziela.
Ruszyłem do Louisa. Oddałem dług, pogadaliśmy.
Czułem się kiepsko.
– Masz tyle forsy, odniosłeś sukces. Z czym masz problem?
Dotarło do mnie, że tam, na tarasie, popijając whisky, robiłem to samo, co ten facio sprzedający idiotom Wołgi potrząsając złotym zegarkiem.
– Shit – to wszystko co miałem do powiedzenia.

* * *

Przyjechali kumple z Londynu i zaproponowali wyprawę do Francji. Najpierw wystawa w Valenciennes, potem na jakiś bankiet do Capbreton. Wiocha na końcu świata, o której nigdy nie słyszałem, no i oczywiście po drodze Paryż. Waham się, bo nie mam wizy francuskiej. Nie mam też angielskiej, poprzednia się skończyła, a gdy wystąpiłem o nową, w ambasadzie w Brukseli, pan konsul odmówił. Mówiłem mu, że chcę jechać do Londynu na wakacje. Nie uwierzył, skurwiel. I poradził, żebym po brytyjską wizę pojechał do Polski. Sam se jedź, pomyślałem.

Louis mówi: – Skoro nie mogłeś do Londynu, jedź do Paryża, skoro już jesteś taki dziany. Loaded, mówi Louis.

Kolesie mówią, że wystawa w Valenciennes, na której otwarcie mają zresztą zaproszenia, jest na terenie jakiegoś pałacu pod miastem, przy samej granicy belgijsko – francuskiej i możemy tam przejść przez ogród i pole. Wiza niepotrzebna.

* * *

… i tam, w Biarritz, wpadłem na świetny pomysł. Kupiłem pocztówkę z trzema panienkami wypinającymi tyłki na plaży i wysłałem panu konsulowi brytyjskiemu w Brukseli z pozdrowieniami z wakacji.

Przy okazji podjąłem postanowienie: będę malował gołe dupy tak długo aż upadnie komunizm. Wtedy nie będę już potrzebował wiz.

* * *

W sprawie wizy do Londynu próbowała mi pomóc znajoma Stefana Knappa, której ojciec jest MP, Member of Parliament. Powiedziała, że pomysł z wysyłaniem brytyjskiemu konsulowi trzech gołych dup był kiepski, bo ci goście nie mają poczucia humoru, a pocztówka wyląduje w moich aktach w Home Office.

Ruscy wylądowali na księżycu Łunochodem, Amerykanie osobiście, a ja pocztówką z trzema gołymi dupami w aktach Home Office. Każdy ma taki podbój kosmosu na jaki go stać.

Znajoma Stefana Knappa przywiozła mi nowe gazety z Londynu. W The Times przeczytałem, że niedługo będą dostępne anteny do odbioru dowolnych programów telewizyjnych z nadajników na orbitach. Doszedłem do wniosku, że komuniści nie dadzą rady zagłuszyć sygnałów z kosmosu i komunizm upadnie, bo nie będzie mógł dalej kłamać. To znaczy będzie mógł, bo niczego innego nie potrafi, ale nikt tego nie będzie słuchał, bo obejrzy sobie wiadomości BBC. A ja nie będę musiał malować gołych dup do końca życia.

Student, czyli fenomenologia burdelu

Ernest, czyli Nest, ten od najdroższego mercedesa, jest alkoholikiem. Louis mówi, że to jego najlepszy klient. Mój też. Nest jest duży, zwalisty i chodzi w eleganckim garniturze. Parę minut po piątej po południu zjawia się w knajpie parkując swojego brązowo złocistego mercedesa tuż przed wejściem i wkracza z okrzykiem „Hello Rozenhof!” Tak się nazywa knajpa Louisa w Edegem, Mechelsestwg przy Mussenburglei. Mały budynek z zaokrąglonym narożnikiem i mieszkaniem na górze, moją pierwszą pracownią w Antwerpii.

Nest siada przy barze, Louis podaje mu podwójną whisky, po chwili następną i Ernest zaczyna swoje opowieści o życiu. Ostatnio opowiadał jak ciężką ma pracę. Jest właścicielem wielkiej firmy w centrum i przyjeżdża do pracy przed ósmą. W drodze do swojego gabinetu, jak opowiada, musi przejść wzdłuż biurek swoich licznych księgowych, asystentek, które zajmują się piciem kawy, gadaniem, malowaniem paznokci i on, Ernest, tak się wkurwia, że za to nieróbstwo musi im płacić, że jak już dotrze do swojego gabinetu to wyciąga z szuflady flaszkę whisky i wali kielicha na uspokojenie. Nie mam pojęcia czym zajmuje się jego firma, ale Ernest jest bogaty, ma wielkiego merca i willę w Edegem, więc idzie mu nieźle, mimo owego nieróbstwa wszystkich wokół.

Po wypiciu kilku kolejek Nest kiwa porozumiewawczo do Louisa, ten kładzie mu na barze telefon i Nest dzwoni do pobliskiego burdelu. Jeśli jedna z jego ulubionych panienek jest wolna, majestatycznie wytacza się z Rozenhof, wsiada do swojego jeszcze bardziej majestatycznego merca i rusza w dalszą cześć wieczoru. A jeśli nie… jeśli są zajęte lub jeśli ich nie ma, pije dalej lub proponuje mi partię szachów. Czasami mówi: „jeśli wygrasz, kupię twój obraz”. Zawsze przegrywa. Nie z powodu jakiejś mojej szachowej wybitności, po prostu gra kiepsko, w dodatku nawalony. Muszę przyznać, że Nest jest jedynym, który ceni moje wyklejane obrazy z gołymi panienkami. I tak powstał głęboki, żeby nie powiedzieć ontologiczno-fenomenologiczny związek między moimi artystycznymi sukcesami a dostępnością panienek w pobliskim burdelu.

Rembrandt

Z Londynu przywiozłem książkę.  Remarks on Colour, Wittgenstein.
A tam takie zdanie: “There is gold paint, but Rembrandt didn’t use it to paint a golden helmet”.
No to mam klucz do malowania. Danke schön, Herr Ludwig!
Po niemiecku umiem jeszcze Hände hoch! W końcu wychowałem się w zaścianku propagandy, z Hansem Klossem, rewizjonizmem, stonką ziemniaczaną i coca colą ogłupiającym napojem imperializmu. Ok, te ostatnie znam z opowiadań rodziców. Pustwsiegda budiet sonce.
Coś jeszcze Wittgenstein?
„ ? White must be the lightest colour in a picture.
In the Tricolour, for example, the white cannot be darker than the blue and red.
Here we have a sort of mathematics of colour.”

Pojadę do Paryża, sprawdzę.
Jest sto kiloton geniuszu w tej cienkiej książeczce, I chyba można się do niej, czy z nią, modlić o rozumienie świata. Na przykład:
„If there were a theory of colour harmony, perhaps it would begin by dividing the colours into groups and forbidding certain mixtures or combinations and allowing others. And, as in harmony, its rules would be given no justification”
“When dealing with logic, “”One cannot imagine that”” means: one doesn’t know what one should imagine here.”
“We do not want to establish a theory of colour (neither a physiological one nor a psychological one), but rather the logic of colour concepts. And this accomplishes what people have often unjustly expected of a theory”.
 A poza tym Runge gówno wie o kolorach.

Jeszcze o kolorach

Czytając Wittgensteina przypomina mi się przyjazd do Londynu. Miałem 20 lat, było lato a w sklepie o pełnych półkach lśniły magicznie kolorowe butelki z napojami o fantastycznie zapraszających etykietach. Stałem, gapiłem się i kupiłem dwie, na początek, jak mi się wydawało. W końcu umknąłem z biedy realnego socjalizmu i pragnąłem kosztować wolności we wszelkich jej formach. Również tych z bąbelkami. Wybrałem żółto-zielonkawą, dość głęboki odcień cadmium yellow złamany emerald green i fenomenalną, jakby powiedzieli Angole „irresistible”, głęboki cobalt violet. Rozczarowanie przyszło, gdy otworzyłem pierwszą i poczułem lekki smród, dramat rozegrał się, gdy spróbowałem to świństwo wypić.

Woda z sokiem malinowym z saturatora na rogu Filtrowej i Asnyka okazuje się małmazją. Saturator zwany syfilizatorem. Na Filtrowej, nieco dalej, zaraz za kawiarnią Halinka, przed samem, kiedyś postawili ruskie automaty, wielkie, ciężkie, z pancernej blachy w niezwyciężonym kolorze buro-niebieskawych rzygowin, czyli w kolorze łodzi podwodnych, i te sowieckie maszyny miały szklanki mocowane na łańcuch. Długo nie postały. Łańcuchy pozrywali, szklanki poznikały a pancerna blacha nie taka pancerna dla ekipy z Tarczyńskiej. Zwyciężył koleś w białym (z założenia) fartuchu z saturo-syfilizatorem na kółkach.

Poza kolorami jest to krótkie wspomnienie zwycięstwa rodaka nad sowiecką maszyną. Mały sukces a cieszy.

Podobno jak budowali Pałac Kultury to się dowiedzieli, ze w Ameryce są automatyczne klozety; naciskasz guzik i leci woda. Więc dobudowali tajne korytarze za kiblami i tam stały z wiadrami wody zasłużone emerytowane przodowniczki pracy, czy czegoś tam, i jak ktoś wciskał wajchę, to one lały wodę przez dziurę w ścianie. Tak w każdym razie twierdził mój kolega na pierwszym roku architektury, jak się dobrze napił.

Studia, Wittgenstein i kwiatki w wazonie.

Belgia jest niezwykle życzliwa takim jak ja, Polakom na przymusowym uchodźstwie z powodu wojny polsko-polskiej.
Święta były niezwykłe, w oknach Antwerpii paliły się świeczki, sporo spraw normalnie biurokratycznie nie do przejścia poszło łatwo i miło. Nawet powołano specjalnego urzędnika, skądinąd przemiłego faceta, który pomagał wszystko załatwiać, był uprzejmy, można z nim było się umówić na kawę w mieście i pogadać. Pomógł mi złożyć papiery na Akademię. Mama podesłała indeks, byłem w końcu studentem czwartego roku architektury i po paru wstępnych rozmowach i obejrzeniu kilku moich prac zgodzili się, że jeśli zdam egzaminy z historii sztuki i technik malarskich zostanę przyjęty na „tryb specjalny” na trzeci rok. Przemiła pani profesor przepytała mnie z historii głównie XX wieku i opowiedziałem jej o wszystkim, co widziałem w belgijskich i angielskich muzeach, dała mi maksimum i było po sprawie, a jeszcze śmieszniej było z technikami, których uczył mnie mój wuj Marian Wyrożemski. Poszedłem do bardzo starego i śmiesznego profesora, który mnie przepytał. Jak przyznał, był wzruszony, że wiem o tym, o czym już nikt na jego uczelni nie wie, bo naciągnięte blejtramy się kupuje gotowe, a o robieniu gruntów czy kleju wiedzą na konserwacji, nie na malarstwie. I tak zostałem studentem, choć nieco na krzywy ryj  i tu zaczęły się problemy. Trafiłem do starej baby, podobno historyczki sztuki, podobno ze starej francuskiej arystokratycznej rodziny, która mnie zwyczajnie nie lubiła, a mojego malowania po prostu nie cierpiała. Plota głosiła, że kręcił ją nowy wydział designu i była mocno sfrustrowana, bo ją wykopali żeby jako „visiting professor” zajmowała się takimi jak ja rozbitkami malarstwa.

Robiłem fotomontaże, a dokładnie obrazy z wykorzystaniem zdjęć. Assamblage, collage, nie mój wynalazek. Braque, Picasso, dadaiści, może trochę z inspiracji Richardem Hamiltonem, którego widziałem w Londynie, a nawet byłem na otwarciu jego wystawy. Może Kurt Schwitters, Man Ray, czy Rauchenberg. Henryk Berlewi, a na pewno Strzemiński. No i Jasper Johns, z którym mam problem.

Znalazłem całkiem przypadkiem na dworcu centralnym w Antwerpii, przy bocznym wejściu od strony Pelikaanstraat stoisko z używanymi pismami z gołymi panienkami. Tańsze niż nowe w kiosku. Po czasie zakolegowałem się z kolesiem ze straganu. Powiedziałem mu, że jestem studentem akademii i wykorzystuje zdjęcia do obrazów i pozwolił mi przeglądać, bo szukałem pasujących kolorem, a do obrazu według Daumiera szukałem baby, której kształt dupy pasowałby do kształtu pierzyny, ręki i nogi trupa, co bardzo tego kolesia ubawiło. Normalnym „klientom” nie pozwalał oglądać, pewnie się bał, że popatrzą i pójdą walić konia bez płacenia. Ja siedziałem i przeglądałem do woli. Miałem nawet studencką zniżkę.
Dzięki tym pismom mogłem zastąpić dożywotnie malowanie gołych dup w intencji Home Office i upadkowi komunizmu wycinaniem ich z pisemek i naklejaniem na obrazy.

Ta baba dostała szału jak zobaczyła mój obraz. Twierdziła, że jestem zboczony, moja fascynacja gołymi tyłkami jest niezdrowa i wynika z ograniczeń w Polsce, ale tu, w Antwerpii, powinienem dać upust swoim słabościom w dzielnicy portowej, gdzie panienki siedzą w witrynach jak na wystawie sklepowej itp., itd. W dodatku chyba była kryptokomunistką, bo wkurzały ją moje wywody polityczne i twierdziła, że nawet plama krwi na moim obrazie ma ukryty symbol sowieckiej czerwonej gwiazdy i umieszczona obok mapy wyciętej z książki telefonicznej symbolizuje zarys Związku Radzieckiego. Szczęśliwie nie dopatrzyła się nigdzie Lenina.
Niektórzy mówili, że ma 250 lat i znała Daumiera osobiście, a ja twierdziłem, że wykopali ją w jaskiniach Lascaux. Mówiąc krótko, baba mnie nie lubiła, ja jej też.

A z tym obrazem była taka historia, że mieliśmy robić szkice z Daumiera no i ja sobie wybrałem taką jego rycinę przedstawiającą jakąś tragedię zabitej chłopskiej rodziny, gdzie pod zwłokami chłopa leży w kałuży krwi jego martwe dziecko, a w tle są piernaty na łóżku. I te piernaty skojarzyły mi się z ilustracją do książki z paryskiej Kultury, którą rodzice mieli w domu, o tragedii na Ukrainie, gdzie Stalin w latach trzydziestych wymordował i zagłodził miliony ludzi. Było takie zdjęcie chłopskiej chałupy, z której wypędzono ludzi i została sama kołdra w paski. I mnie się wydało, że te paski musiały być niebieskie. I opowiedziałem o tym na Akademii, dodając, że ten chłop u Daumiera to tragedia, bo jeden, no i jego dziecko, a według Stalina jeden trup to tragedia, a miliony to statystyka. I zrobiłem z tego sprawę polityczną, co babę rozwścieczyło jeszcze bardziej, że nic nie rozumiem. A ja się upierałem, że te książki telefoniczne i gołe baby to skojarzenie z materią fotograficzną u Stalina, który zatrudniał tysiące ludzi, którzy pracowicie wycinali z milionów egzemplarzy encyklopedii całe strony, albo retuszowali zdjęcia, na których był Stalin w otoczeniu najbliższych, gdy któregoś z nich już kazał rozstrzelać. I tak ciągle ktoś u nich znikał, a ktoś musiał te zdjęcia retuszować i kartki wycinać, z książek telefonicznych również.
Więc się wkurwiłem i namalowałem kwiatki. W wazonie. Jak te, co stały na stole w gułagu, dekoracja do propagandowego zdjęcia. Ceraty w kratkę mi się nie chciało.

Z czego tu żyć na emigracji studenckiej?
O konstrukcji dzieła sztuki.

Poza koleżanką Daumiera z Lascaux, życie było miłe do czasu wezwania do Brukseli. Miałem się stawić w jakiejś instytucji na przesłuchanie jako warunek przedłużenia wizy. W szarym budynku kazali mi najpierw czekać z godzinę w hallu, który wyglądał i śmierdział jak obszczany, a potem przyjęło mnie dwóch kolesi o pomiętych, zapitych gębach w pomiętych szarych garniturkach, w dodatku w jakichś zupełnie od czapy różowych czy żółtych, w każdym razie pastelowo bladych koszulach i poprzekręcanych krawatach w jakieś równie od czapy wzorki. I ci kolesie z mety oznajmili mi, że podejrzewają mnie, że jestem sowieckim szpiegiem, skoro sobie tu siedzę i nic nie robię, nie pracuję, to z czego niby się utrzymuję.

Jestem spokojnym i grzecznym młodym człowiekiem, dobrze wychowanym, z profesorskiego domu, ale są momenty, gdy coś pęka i nie mam hamulców. Tak się na tych gości wkurwiłem, że zacząłem na nich wrzeszczeć, że sami są bolszewickimi agentami, bo pozwalają Sowietom ustawić się z niby przedstawicielstwem sowieckich importerów samochodów na wprost bramy do Nato w Brukseli (wiedziałem to od geniusza od sprzedawania Wołgi jako czołgu), że mnie obrażają, że są chamami, dupkami i tak dalej. Na koniec im dodałem, że miałem do czynienia z ubecją w Polsce, gdy nie chcieli mi dać paszportu, i że oni wyglądają tak samo, albo jeszcze gorzej.
No i nie zamknęli mnie, ani nie wyrzucili z Belgii, ale dali święty spokój.
A utrzymywałem się nie tylko z przypadkowej sprzedaży obrazów, ale też z eksperymentów malarskich. Pewien właściciel warsztatów samochodowych poprosił mnie, żebym jako student-artysta namalował mu na samochodzie firmowym jakieś napisy i wzorki. Ponieważ praktykowałem jako młody sportowiec u Bogdana Wozowicza, który jest jak wiadomo geniuszem absolutnym i umie wszystko, to nauczyłem się, a raczej on mnie nauczył lakierować samochody. Więc umówiłem się którejś niedzieli i pojechałem do warsztatu, gdzie nikogo nie było i malując te wzorki na samochodzie poeksperymentowałem z użyciem lakieru na obrazie. A później różni ludzie chcieli żebym im coś malował na autach, i ja zabierałem swoje obrazy i sobie domalowywałem lakierem samochodowym różne efekty. A przy okazji mi za to jeszcze płacili.

* * *

W Antwerpii jest mi dobrze, ale brakuje Strzemińskiego. Gdzieś powraca w myśleniu o obrazie, o miejscu, o czasie. Chciałbym jeszcze raz pojechać do Łodzi i w muzeum, które mnie przygnębiło zapuszczeniem, obdrapaniem jak Dolny Śląsk, zobaczyć to niezwykłe światło i porządek w obrazach, rysunkach, projektach Strzemińskiego. Niedawno w Brukseli, w pięknym, czyściutkim muzeum sztuki współczesnej złapałem się na tym, że szukam Strzemińskiego. Nie znalazłem.  

Moja wielka tajemnica

Jak przystało na artystę, a powoli się do tej roli przyzwyczajam, gardzę przyziemnym, albo chociaż powinienem. Przyłapany cierpię. Louis, gdy dowiedział się, że jadłem w Quicku hamburgery powiedział, że takiego świństwa nawet Lambik (spaniel Louisa) nie tknie. W piątki i soboty chodzimy z grupą znajomych po knajpach. Noel i jego dziewczyna, którą nazywam Martynka, znaleźli knajpę, gdzie w rogu stoi maszyna. Wyraziłem pogardę dla gry polegającej na przesuwaniu ludzika z kwadracików, który ucieka po poziomych korytarzach i łączących je drabinach przed spadającymi z góry pociskami, a na wyższych piętrach zamieniających się w grad bomb, granatów, kul ognistych i wszelkiego badziewia, przed którym należy się sprytnie chować, albo je przeskakiwać, albo rozbijać, a najlepiej wszystko naraz. I to przy dźwiękach popiardującej muzyczki.
Następnego dnia wróciłem sam. Grałem godzinę, doszedłem do „level 2”.
Po tygodniu osiągnąłem poziom czwarty.
Przed weekendem przyznałem się Noelowi, i innym, a w końcu poznałem gościa, który ma taką maszynkę w domu. Tylko mniejszą. Commodore, z własnym ekranem i gra na tym w gry.
Jak będę duży, kupie sobie taki sprzęt i też będę grał. W wielkiej tajemnicy przed światem. Na razie szkicuję, w grach widzę obrazy. To obrazy jakiegoś nowego świata, o którym pisze Lem. Czytaliście „Powrót z gwiazd”? Nie? To nie mamy o czym gadać.
Worm.
Top score.
Get ready.
World capitals.

* * *

To nie pierwsza moja przygoda z grą komputerową; ładnych parę lat temu, w Londynie, w jednej z knajp do której projektowałem wnętrze stał automat w drewnianej obudowie z ekranem umieszczonym za szybą. Pong.

Dlaczego teraz sobie o tym przypomniałem? Bo ze szkiców wówczas zrobionych namalowałem obraz. Mały, czarny, z linią po środku, i wynikiem, chyba 12 : 7.

Historii sztuki ciąg dalszy

Spojrzałem za siebie i widzę, że studenckie tarcze według Johnsa, te trupy Daumiera, a szczególnie wujek Dominique wg Cézanne’a jako jego własna żona i parę innych to jednak obrazy do dupy; kłótliwe, niepotrzebnie pokomplikowane, bałaganiarskie i faktycznie brudne. W ciszy i zupełnej samotności, zupełnie trzeźwy i bez zbędnej melancholii przyznałem rację koleżance Daumiera z Lascaux, z satysfakcją zachowując dla siebie przekonanie o jej chorobliwej upierdliwości. Tak uzyskałem wolność poststudencką i malowałem dalej historię sztuki. I namalowałem czyściutką, prostą jak drut i oczywistą Nike z Samotraki. Składa się z odbitki Nike techniką, która wymyśliłem przypadkowo: odbitkę xero posmarowaną olejem lnianym można wykorzystać jako matrycę do dalszych odbitek z fantastycznym efektem lekkiego rozmycia, takie zamglenia jak w dagerotypii czy gumie, z zaburzoną krzywą kontrastu. Przypadkowo, bo na odbitkę xero rozlał mi się olej i żeby osuszyć przyłożyłem drugą kartkę. I do tej odbitki Nike dodałem, oczywiście, gołe panienki tak skomponowane, żeby układ ich rąk i tyłków budował jednolitą strukturę.  No i weź to wytłumacz!

Z wujkiem Dominique było tak: mieliśmy robić coś wg Cézanne’a; rysunki, interpretację obrazów, kompozycji, kolor itp. Do wyboru. Więc wybrałem kilka jego obrazów z serii „Uncle Dominique” zamiast katować światło po drodze do góry Sainte-Victoire. Wujek występował jako wujek, albo „as a monk”, „as a lawyer”, itp. Ale był też magiczny portret madame Cézanne. No i z prawnikiem zrobiłem jakiś jaja z przerobieniem rąk, jedna dłoń wielka, drugą zasłania oczy, z gołymi tyłkami oczywiście, i podobno z tego obrazu tylko tło przypadło do gustu pani profesor (zawsze coś!)) ale i tak słowa nie powiedziała, za to ryknęła na widok madame Cézanne jako wujka Dominique, chociaż przyłożyłem się do magicznego jej smutku, a przy okazji wymyśliłem swój własny kolor, i z niego była twarz madame C. To była biel z domieszką gencjany, którą zawsze ze sobą wożę po świecie jako najlepszy, bo lekko szczypiący medykament na wszelkie skaleczenia. I nie ma w mojej szczerej sympatii do gencjany nic z Paragrafu 22, gdzie wszystkim malowali palce u nóg gencjaną oraz dawali środek na przeczyszczenie. Środków na przeczyszczenie nie używam.

A poza tym użyłem tytułu angielskiego (baba stękała „nie wiesz, że Cézanne był Francuzem?) zamiast  L’oncle Dominique, L’avocat.

A z tarczami Johnsa było tak: wymyśliłem sobie, że namaluję tarczę letnią i tarczę zimową. No i kombinowałem jak w te tarcze wsadzić coś amerykańskiego, bo hasło, które pewnie uknuł Leo Castelli głosiło, że te obrazy to jakaś kwintesencja amerykańskości, z jednym obrazem była afera bo Johns przyczepił do jednej tarczy gipsowy odlew penisa (swojego, czy Rauchenberga?). No i w jednym playboyu znalazłem zdjęcia z zamachu na Kennedy’ego. God only knows co tym od gołych panienek przyszło do łba z zamachem, ale nie ma nic bardziej mitologicznie amerykańskiego niż śmierć JFK. No i je powklejałem. Co nie zmienia faktu, że był w nich bałagan. Więc zrobiłem nowy obraz, zupełnie inne tarcze, bezideologiczne, dużo tych tarcz i zamknąłem temat. Bo to nie był temat o obrazach a o ich interpretacji.

Interpretacja

Nie wiem, o co chodzi z pretensjami o gołe panienki. Są, istnieją, używam też zdjęć reklam, bardzo lubię Alka Seltzer, tę z bąbelkami, czarno biała z magicznymi szarościami. Albo wszelkich luksusów w zestawieniu z sowieckością jako taką. No ale czepiają się, to wkleiłem same męskie gacie. Voilà! Interpretujcie sobie, a ja szukam sensu po swojemu.

Zarzut, że zdjęcie pięknej nagiej dziewczyny to pornografia jest absurdalny. Pornografią są te zapite ryje w polskiej telewizji, które bredzą o przyjaźni polsko radzieckiej, o braterstwie miedzy narodami, o tym, że jest dobrze a będzie jeszcze lepiej. Niezwyciężony marksizm leninizm. Co to, kurwa, jest baza i nadbudowa?

Poza Wittgensteinem mam zawsze pod ręką Against Interpration Susan Sontag. Z czasem łącze te dwa teksty w jeden twór intuicyjnie wyczuwalnego sensu sztuki, drogowskazu. I tak sobie tymi ścieżkami podróżuję. „What the overemphasis on the idea of content entails in the perennial, never consummated project of interpretation. And, conversely, it is the habit of approaching works of art on order to interpret them that sustains the fancy that there really is such thing as the content of a work of art.”

Najpierw nauczyłem się tego na pamięć a potem przekładałem na polski: “Przesadnie podkreślenie idei (albo raczej roli) treści pociąga za sobą odwieczny i nigdy nieskonsumowany projekt interpretacji. I odwrotnie, nawyk podejścia do dzieł sztuki, aby je interpretować, podtrzymuje urojenie, że naprawdę istnieje coś takiego jak treść dzieła sztuki.”

Mamy tu dwie, a raczej cztery kwestie: niekonsumowalność interpretacji jako swojego rodzaju zadania, które sobie stawiamy nie wynika z faktu obserwacji istnienia treści, czy roli jaką odgrywa w obrazie (inaczej mówiąc ważności treści) lecz wynika (owa niekonsumowalność) z przesadności z jaką do szukania, badania tej treści się podchodzi. Drugi (czwarty), ważniejszy problem tkwi w tym, na ile z powyższego wynika, że treść jest jedynie urojeniem.

Co prawda Sontag dalej odsyła do Nietzschego „There are no facts, only interpretations.” Nie ma faktów, tylko interpretacje, ale mam Uwagi o kolorach, Wittgenstein twierdzi, że w przypadku logiki zdanie: „Niepodobna sobie czegoś wyobrazić” oznacza, że nie wiadomo, co sobie należy wyobrazić. Oraz, że zjawiskami widzenia zajmuje się psychologia, ale dla kogo psychologia robi taki opis? I jaką niewiedzę taki opis może usunąć?

Oczywiście są u Sontag zdania, z którymi nie mogę się zgodzić z pozycji malarza, bo to co, kto i jak zinterpretuje jest procesem wtórnym, więc niejako obojętnym z punktu widzenia tego, który trzyma pędzel.  Wybierając temat, metodę, technikę, czyli morfologię, jeśli już ktoś to musi nazwać, i ikonografię, czyli odniesienia jak ja to nazywam, nie myślę o tym, jak to będzie zinterpretowane, czy to się komuś spodoba. Nie widzę treści w rozumieniu Sontag, nie wiem jak obraz „przemówi”. Nie wiem, i szczerze mało mnie to obchodzi, w jakie trafię tzw. estetyczne oczekiwania, jako że jeśli ktoś takie ma, to z reguły niewiele wie o estetyce. Jedyne co mnie interesuje to malarska jakość w moim własnym rozumienia tego pojęcia. A cała reszta jest wtórna. Sontag pisze tak: „None of us can ever retrieve that innocence before all theory when art knew no need to justify itself, when one did not ask of a work of art what it said because one knew (or thought one knew) what it did. From now to the end of consciousness, we are stuck with the task of defending art.”

To jest bardzo piękne, bo wiele pięknych zdań ona pisze, ale trudno się z tym zgodzić: „Nikt z nas nigdy nie odzyska tej niewinności z czasów przed stworzeniem wszelkich teorii, kiedy sztuka nie potrzebowała się usprawiedliwiać, gdy nikt nie pytał co dzieło sztuki mówi, ponieważ każdy wiedział (lub myślał, że wie) co dzieło sztuki robi. Od teraz aż po kres wszelkiej świadomości utknęliśmy z zadaniem obrony sztuki.”

Nie czuję przytłaczającego ciężaru obowiązku tłumaczenia czegokolwiek a z zadaniem obrony jest tak, że są ci, którzy widzą i ci, którzy nie widzą. Czym innym jest rozmowa, powiedziałbym nawet przez wielkie „R”. Kontakt z innym człowiekiem, wymiana myśli, poglądów, wspólne szukanie odpowiedzi na pytania, problemy. Jasne, istnieje też kwestia konsumpcji i dystrybucji, wolności i jej ograniczeń, ograniczeń zewnętrznych i wewnętrznych – w nas samych, nakazów i zakazów, komunikacji, znaków i kodów; sztuka jest, i zawsze była, formą komunikacji. To świat się zmienia, rzeczywistość zapierdala i sztuka też – jej język, forma, odbiór, cele – te, które sztuce narzucane są z zewnątrz, ale też te, które sztuka sama sobie stawia, zmieniają się sposoby funkcjonowania sztuki, ale nie jej cecha immanentna jaką jest wartość. A to, że wartość jest niedefiniowalna to inna sprawa. To coś, co można czuć przez majtki. Albo dreszcz na plecach. Gdzie kto ma czujniki.

Beuys wierzy, że sztuka wyzwala krytycyzm odbiorców, aktywizuje ich. Całymi dniami łaziłem po Louisianie, pod Kopenhagą. Wpatrywałem się w Kiefera i zastanawiałem się co jego praca „robi” – jakby to określiła Sontag, a „robiła” bardzo dużo. Czytałem książki, katalogi w pustej zazwyczaj czytelni z widokiem na morze. I inaczej patrzyłem na wielkie, spływające obrazy Sama Francisa, choć ich nigdy nie polubiłem, nie przemawiały do mnie. Któregoś dnia snułem się przez sale wystawowe i natknąłem się na grupę amerykańskich turystów. Rozmawiali o szkole swoich dzieci, kosztach ubezpieczeń, cenach wyposażenia kuchni i wskaźnikach giełdowych. Rzadko spoglądali na jakiś obraz i, nie zatrzymując się, rzucali: „Look, that’s nice”. Do jednej z sal nie było wstępu, między ścianami wisiał sznur i karteczka z napisem „Remont” i widać było, że wymieniane jest ogrzewanie w podłodze. Oni zajrzeli do środka, ktoś powiedział remont i poszli dalej. Zajrzeli do następnej sali, ktoś stwierdził tu też remont i ruszyli przed siebie. W tej drugiej sali była praca Beuysa „Honey pump”. Składała się z rur, silników i naczyń wypełnionych miodem tworząc system, jak sam Beuys określił, taki jak układ krwionośny społeczeństwa. Muzea, wystawy, a w szczególności targi sztuki stały się popularnym, modnym miejscem spędzania czasu „kulturalnie”. Wypada po powrocie z wakacji opowiedzieć znajomym przy kolacji, że było się w takim czy innym muzeum. Amerykanie mają pojęcie „mall walkers” – ludzie spędzający czas łażąc po centrach handlowych. Istnieje „window shopping” – niedzielne snucie się i zaglądanie w witryny zamkniętych sklepów. Czy istnieją „art walkers”?

Parę lat temu spotkałem Martina Kippenbergera, zanim stał się znany. Wypiliśmy flaszkę, pogadaliśmy, pomazaliśmy coś na kawiarnianych serwetkach. Gadaliśmy o galeriach, wystawach, o życiu. Opowiadał o swoich planach, pomysłach i o obrazach. Spodobał mu się mój pomysł postawienia w Warszawie przed domem rakiety kosmicznej, która byłaby obietnicą możliwości wystrzelenia się w kosmos, gdyby komunizm doskwierał za bardzo. Taki miałem pomysł, gdybym miał wrócić do Polski na stałe. I żadnemu z nas nie przyszło do głowy usprawiedliwiać się.

Z rakietą było tak: mój kumpel Luc, u którego czasami pomieszkuje w Edegem strzela z łuku. W letnie niedziele spotyka się z grupką znajomych w wieku od studenckiego po późno emerytalny i strzelają z łuku do tarczy zawieszonej na wysokiej wieży. Tę wieżę specjalnie postawili na polanie w parku, no i sobie strzelają. Luc zaprasza mnie czasami jako gościa honorowego niestrzelającego. Poza łukami i strzałami jest piwo i coś do żarcia. Powiedziałem im, że tarcza kojarzy mi się z Jasperem Johnsem, ale nie wiedzieli kto to, a shooting kojarzy mi się z shooting stars, czyli spadającymi gwiazdami, co romantyczne, a gwiazdy z rakietami kosmicznymi i łunochodem. I oni powiedzieli mi kiedyś, że było w belgijskiej prasie ogłoszenie o wyprzedaży za grosze rakiet ze złomu. Jasne, że nie były to żadne kosmiczne rakiety tylko meteorologiczne, niewielkie, ale wyglądały z grubsza podobnie – takie rury ze statecznikami. I rzeczywiście kosztowały tyle, co stary samochód. No i wymyśliłem, że mógłbym ją przemalować w barwy NASA z flagą USA i postawić na trawniku przed domem. Nawet później pytałem w urzędzie celnym w Warszawie; rakiety nie mógłbym przywieść, ale urządzenie meteorologiczne jak najbardziej, była dla takich odrębna taryfa celna. Nie wiem tylko, ile w tym niewinności z czasów przed stworzeniem teorii, kiedy sztuka nie potrzebowała się usprawiedliwiać.

* * *

Sontag mówi, że podkreślenie roli treści pociąga za sobą projekt interpretacji. I odwrotnie, nawyk podejścia do dzieł sztuki, aby je interpretować, podtrzymuje urojenie, że naprawdę istnieje coś takiego jak treść dzieła sztuki – przypomina mi to sprawę Kantora. Nie za wszystkimi jego obrazami przepadam, ale teatr to wielki, największy. I wszystko oglądam od zawsze. W Stodole było spotkanie z Kantorem, gadał, opowiadał, było ciekawie. I potem rozmawiałem z Małgosią, która wie. Ja nie wiem. I ona twierdzi, że nie zrozumiem Wielopola, jeśli nie będę znał znaczeń: orzełka na czapce z czasów I wojny światowej, zaborów, historii śmierci księdza, kim jest wdowa po miejscowym fotografie, dlaczego jej aparat zmienia się w karabin maszynowy, kim jest wuj-zesłaniec, skąd się wziął Żyd i tak dalej. OK, z grubsza wiem, ale oglądając Wielopole urywam się od wnikania, dochodzenia, poddaję się nastrojowi wszechobecnej śmierci jako historii nie jednostki, nie historii konkretnych ludzi lecz uniwersalnemu obrazowi świata. Ten obraz Wielopola, miejsca na ziemi, gdzie urodził się Kantor i żyli znani mu ludzie, w tym jego ojciec, a którzy już odeszli zamienia się w jego teatrze we wzruszający i uniwersalny obraz świata. A to kim jest konkretna postać, jakiś wujek, jakaś ciocia przestaje mieć znaczenie o tyle, o ile to może być jego ciocia albo moja ciocia. Poza tym, spierałem się z Małgosią, która wie, to teatr metafor i poziom ich komplikacji nie ogranicza mnie w odczuwaniu, przeżywaniu. Bez względu na to, czy dopatrzę się w orzełku na czapce zdarzeń historycznie umocowanych gdzieś w konkretnym czasie i miejscu. Treść nie jest urojeniem, a mięsem tej sztuki, interpretacja jest drugorzędna, a najważniejszą wartością przeżycie, magia, doświadczenie. Wrażliwość. Sztuka.  

Susan Sontag złapała to pisząc, że dzisiaj nastał czas, gdy interpretacja, droga Małgosiu, jest reakcyjna i odrętwiająca jak samochodowe spaliny i ciężki przemysł zatruwający miejskie powietrze. Dzisiejsze interpretacyjne porywy zatruwają nasza wrażliwość. W kulturze, której klasycznym dylematem jest przerost intelektu kosztem zdolności odczuwania, interpretacja jest zemstą intelektu na sztuce. „Today is such a time, when the project of interpretation is largely reactionary, stiffing. Like the fumes of the automobile and a heavy industry which befoul the urban atmosphere, the effusion of interpretations of art today poisons our sensibilities. In a culture whose already classical dilemma is the hypertrophy of the intellect at the expense of energy and sensual capability, interpretation is the revenge of the intellect upon art.”

I dodaje, że zinterpretować to zubożyć i uszczuplić świat, aby stworzyć mroczny świat “znaczeń.” “To interpret is to impoverish, to deplete the world – in order to set up a shadow world of “meanings”.
A poza tym, w przeciwieństwie do Małgosi, byłem w Wielopolu.

* * *

Siedzę sobie na ławce w parku przy Russel Square i próbuje przypomnieć równanie Schrodingera. Bezskutecznie. Coś tam mi się kolebie po głowie, transformacja Lorenza też, ale bardziej pamiętam, i to ze szczegółami, wrażenie jakie zrobiłem na komisji z kuratorium, gdy zdawałem komisyjny egzamin maturalny z angielskiego. Pan od angielskiego to był mega fiut i mimo, że skończyłem Metodystów w Warszawie postanowił mnie uwalić z angielskiego tuż przed maturą. Trochę mu się nie dziwię, w końcu dostał ode mnie po ryju na studniówce. No i poszło na ostro. A mój tata nauczył mnie do matury wstępu do teorii względności i coś tam matematycznie łapałem. Byłem w końcu w klasie mat-fiz w liceum Gottwalda (to jakiś komunista), która kiedyś była liceum im. Staszica. Zresztą pani dyrektor też była z tych słusznych ideowo, bo była zastępcą członka KC. Moja szkolna koronna kwestia epistemologiczna, jako że dotyczyła istoty poznania, brzmiała tak: wiemy jak wygląda członek, ale jak wygląda zastępca członka, w dodatku damski? Milicję pani dyrektor wezwała, gdy zniknął portret Lenina, który wisiał na korytarzu i schowaliśmy go w kiblu za szafą, a na ścianie przyczepiliśmy kartkę „Arsen Lupin”. Ale z tym mój tata nie miał nic wspólnego poza tym, że wzywali go do szkoły i musiał wysłuchiwać pierduł. Ale nauczył mnie matematyki, ok, troszkę matematyki, i było to doświadczenie magiczne. Wykorzystałem to podstępnie, bo na tym egzaminie kuratoryjnym z angielskiego był temat wolny, o czym wiedziałem, i poprosiłem tatę żeby mnie tych równań nauczył po angielsku, a wykładał w Stanach, wiec nie miał problemu. No i na egzaminie przez kilkanaście minut pisałem na tablicy równania i objaśniałem po angielsku transformację Lorenza z radością widząc, że szanowna komisja, a mój nauczyciel też tam był, niczego nie rozumieli. Poza miłym wspomnieniem udanej drobnej złośliwości i niemiłym wspomnieniem zakończenia edukacji w liceum – bo z tej okazji dostałem książkę o partyzantach i o tym w palotku w jodełkę, co był gotów mnie zastrzelić w windzie u Cyklona – matematyka kojarzy mi się z magicznym rozjaśnieniem w głowie; był taki moment, gdy wszystko poukładało mi się i zobaczyłem światy wcześniej niedostępne. Czytając Susan Sontag też chciałbym tak sobie poukładać, dodaję do tego Wittgensteina, ale dalej nie mam tego magicznego rozjaśnienia. Widzę tylko, że matematyka opisuje świat z precyzją swojego własnego języka dostępnego wtajemniczonym, i tylko im pozazdrościć. A sztuka istnieje poza światem opisywalnym i choć Wittgenstein twierdzi, że o czym nie da się mówić należy o tym milczeć „Whereof one cannot speak, thereof one must be silent” to sztuka istnieje w obrębie języka tak samo jak jest częścią rzeczywistości, tej samej, o której Wittgenstein mówi, że składa się z sumy niepowiązanych ze sobą faktów. Co prawda nie odnosi się on bezpośrednio do sztuki, w zasadzie Wittgenstein tworzy magiczny zespół reguł, dzięki którym umysł równy jemu (we wstępie do traktatu logiczno-filozoficznego, The Tractatus Logico-Philosophicus, pisze, że zrozumie ją tylko ten, kto sam ma za sobą przemyślenie zawartych w nim myśli) byłby w stanie stworzyć uniwersalny i doskonały język. Nie mnie spierać się z nim, z mojej skrajnie skromnej pozycji gościa z pędzlem w ręku podziwiam to, jak Wittgenstein rozwiązuje dylematy relacji miedzy nauką, wiarą a językiem. Ale mnie interesuje szuka. Jestem ograniczony. Ale widzę, że Wittgenstein przecież twierdzi, że świat jest określony przez fakty, wszystkie fakty „The world is determined by the facts, and by their being all the facts”. I chodzi tu o to, że owo określenie następuje gdyż są wszystkie fakty (and by their being all the facts). I sztuka istnieje, a rzecz w tym, że istnieje w swoim własnym świecie znaczeń i kodów nieprzetłumaczalnych, podobnie jak nie da się zaśpiewać matematyki, tak nie da się opisać nieopisywalnego w sztuce. Te definicje, z którymi miałem do czynienia mają dwojaką naturę: warunkującą i wartościującą, i obydwie tkwią w rzeczywistości tekstu, nie sztuki. Sontag skupia się na refleksji literackiej, bada i opisuję świat filmu, ale jej próby dojścia do prawdy uniwersalnej o sztuce tracą ową magiczną jasność, której kiedyś doznałem zanurzając się w matematyce, czy raczej będąc zanurzonym przez ojca (niestety na krótko). Jej rozważania o formie i treści są pewnie trafne (nie mnie to oceniać) w odniesieniu do tekstów literackich, filmu, może teatru, ale malarstwo, czy inne formy twórczości jak chociażby sztuka konceptualna pozostaną poza zasięgiem języka usiłującego zaspokoić jakąś bliżej nieokreśloną potrzebę społeczną czy inną. Jedynie Strzemiński opisał sztukę, ale nie dlatego, że poddał opisowi z zewnątrz wewnętrzny świat sztuki, lecz dlatego, że stworzył teorię swojej własnej sztuki, opisał świat obrazu tak jak chciał aby rzeczywistość (świat, jak pisze Wittgenstein) zmieściła się w tym obrazie.

Szkoda, że świat gówno wie o Strzemińskim.

Gdy miałem 14 lat przeczytałem Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa i czytam dalej i za każdym razem (a było ich wiele) odkrywam nowe. Zachwyca „Piłat i Inni” Andrzeja Wajdy, ale to nie przekład książki na film, a film nią zainspirowany. Chciałbym zobaczyć Mistrza i Małgorzatę Petera Brooka, ale nie chciałbym zobaczyć filmu ani teatru, gdzie aktor przebrany za kota gania z prymusem.  „Sympathy for the devil” to genialny utwór, i nie wiemy co Mick Jagger ma na myśli śpiewając „cause I’m in need of some restraint”. Powściągliwość u Jaggera? U Diabła? A może to słowa w czyimś innym imieniu? To właśnie sztuka. I nie chcę, żeby mi to ktoś tłumaczył. Ja to odczuwam po swojemu, tak jak widzę i rozumiem, i zachwycam się obrazem Hockneya, Tintoretta czy Barnetta Newmana, filmami „Blow-up” Antonioniego i „O Lucky Man!” Andersona, a ostatnio widziałem magiczny film „Permanent Vacation” z saksofonistą Johnem Lurie.

Magia filmu jest nieprzekładalna tak samo jak nie da się zapisać matematycznymi równaniami obrazu Caravaggia ani namalować piosenki Rolling Stones. Przekładalność jest skrajnie ograniczona a sztuka przeciwnie – nieograniczona; wielkość sztuki polega na tym, że może wszystko. Można namalować każdy obraz, nawet ten, który nam przyjdzie do głowy pod wpływem piosenki, filmu czy czegokolwiek, ale to będzie obraz a nie piosenka, film czy cokolwiek.

Sontag pisze, tłumacząc platoński koncept mimesis, że najlepszy nawet obraz łóżka będzie jedynie imitacją imitacji, jak pisze, gdyż dla Platona sztuka nie jest ani użyteczna ani prawdziwa – na namalowanym łóżku nie da się spać. I dodaje, że dla Platona, i dla Arystotelesa też, mimetyczna teoria sztuki zakłada, że sztuka jest zawsze figuratywna. Bo dla nich, i to jest już nie Sontag a moje widzenie historii, sztuka w starożytności była rzemiosłem, miała określona zadania dekoracyjne, czy „treściowe”, a wolność od tych, i wszystkich innych późniejszych ograniczeń wywalczyła sobie całkiem niedawno. Malewicz, Duchamp, Strzemiński i paru innych.

A siedzę tu, bo Londyn – a jednak pan konsul od trzech gołych dup okazał poczucie humoru, albo Home Office ma inne sprawy na głowie – jest równie przyjazny rozbitkom po wojnie polsko-polskiej jak Antwerpia. I w nadziei doznania magicznej jasności umysłu wpadłem na pomysł, skoro już tu znów jestem, postudiowania filozofii. No i całkiem za darmo mi pozwolili, ale właśnie zakończyło się to klęską, to znaczy bardzo elegancko po angielsku podziękowali. Czegoś tam się dowiedziałem, może będzie mi łatwiej złożyć do kupy Wittgensteina z Sontag, ale widzę coraz dokładniej, że malowanie obrazów pozostanie poza zasięgiem języka.

I tak sobie w tym parku rozmyślam o porażce; namalowałem jakieś obrazy, ale nie mam przekonania. Może jeden, dwa są ok. Mam w głowie i na papierkach następne. Uczę się i uczę a im więcej czytam tym mam większe poczucie jakiejś kosmicznej odległości. A tym, czego się tutaj nauczyłem to przestroga, która teraz mi nie daje spokoju. Rodzice mi mówili rób to, nie rób tego, w szkołach kładli do głowy różności, ale to Bob Dylan mi powiedział „koleś, uważaj”. Jest taka jego pieśń „Like a rolling stone” i słowa:  „now you don’t talk so loud, now you don’t seem so proud”.

Wracam, wracam.
(fragmenty z lat 1986 – 1995)

Wracam na dobre. Mam fantastyczną pracownię, z ogrodem, na Starej Ochocie, tuż obok domu na Filtrowej, gdzie mieszkam (z przerwami) od dziecka. Mogę wreszcie malować od rana do nocy, w nocy do rana, i tak dalej. Z przerwami.

* * *

Martha, żona Louisa, mówi, że się za mną stęsknił. Było mu weselej, gdy u niego mieszkałem, gdy u niego miałem pracownię.

* * *

Wracam do Warszawy. W telewizji rewolucja październikowa. Lenin. Mój wój Marian, malarz, opowiadał mi, że gdy sowieci zamknęli go do obozu, i umierał z głodu, zgłosił się do obozowego politruka, przedstawił się jako hudożnik, artysta, i swoich dwóch kumpli też jako artystów, i powiedział politrukowi, że kapitalistyczni artyści w imperialnej Ameryce sami malują obrazy, a w socjalistycznym porządku jest kolektyw i każdy powinien robić to, czym najlepiej przysłużyć się może tow. Stalinowi, a artyści powinni kolektywnie malować to, co potrafią najlepiej; jeden uszy, drugi oczy, itd. A oni właśnie to potrafią i będą malować Leniny, Staliny, chyba, że politruk jest przeciw. Nie był. Malowali nosy, oczy, dostali zupę, przeżyli.

Jest 70. rocznica rewolucji, są w telewizji Leniny. W czynie rewolucyjnym postanawiam przez 30 lat, aż do setnej rocznicy rewolucji październikowej, malować Lenina, albo choć jego nos, oko, za darmo, na pohybel. Żeby już komunizm odszedł w niebyt, odpłynął łodzią podwodną, zapadł się, sczezł. W ten sposób Lenin dołączył do gołych dup, które będę malować do końca istnienia komunizmu.

Jeszcze Polska Nie Zginęła, czyli jak namalowałem obraz. Partum, podać wiadro?

W Kopenhadze spotykam piękne kobiety, pięknie spędzamy czas z przyjaciółmi w Bo-Bi-barze, Frontpage, z Danem dyskutujemy o rewolucji francuskiej (skończy się wyjazdem do Paryża), z Olgą o muzyce (pisze muzykę do mojej wystawy) i chodzę po parkach i cmentarzach – jak wszędzie, jak zawsze. W Londynie był St. James, Serpentine w Hyde Parku i ten przy Russel Square, w Antwerpii był Middelheim, tutaj cmentarz Holmens i ogród botaniczny niedaleko Muzeum.  Właśnie w ogrodzie widziałem dwa łabędzie startujące ze żwirowej ścieżki – narobiły strasznego hałasu, wzbił się kurz – ciężko wam idzie, chłopaki, pomyślałem. Ciężki wzlot, wszystkim ciężko, a w Polsce już po-wojnie, a wszyscy dalej malują wrony. Rozdzióbią nas. Naród z partią, partia z narodem. W telewizji, jeśli ktoś ogląda, mówią że jest lepiej, pies im mordę lizał. Świat jest tak urządzony – twierdzą, a zza świata szła noc, rozpacz i śmierć – nie pamiętają. Orzeł, wron, łabędziom ciężko wystartować, za to Ruscy w kosmos latają. Mój tata profesor zarabia 17 dolarów miesięcznie, reszta dla Ruskich na lot w kosmos.

W centrum Kopenhagi manifestacja komunistów (jak Boga kocham, prawdziwi duńscy komuniści). Idę z nimi pogadać. Ładnie ubrani, wykształceni, sympatyczni, w okularach. Barany. Przekonują mnie, że będzie lepiej.  Pytam, ile zarabiają. Nie chcą powiedzieć. Proponuję: – Odłóżcie sobie 17 dolców, a resztę zanieście do sowieckiej ambasady na nowego Łunochoda.

I tak namalowałem obraz „Jeszcze Polska Nie Zginęła”. Przedstawia łunochoda, który usiłuje wyjechać z obrazu, ale mu ciężko, jak łabędziom. Albo usiłuje walnąć w ścianę. Wszystko jedno.

Na moją wystawę przyszedł Andrzej Partum. Wypił czerwone wino i powiedział, że znośne (wino), ale obraz taki, że mu się rzygać chce. Zapytałem, czy podać mu wiadro. Eliminacja inspiracji w sztuce.

Co jeszcze w Kopenhadze? Didier, mój galernik, przed wystawą zaprosił mnie do domu na kolację. Didier miał galerię w Paryżu i poznałem go jeszcze na studiach w Antwerpii. Potem zakochał się w duńskiej blondynce i przeniósł się do Kopenhagi. Z Dunkami trzeba uważać, miewałem pewne zaściankowe problemy z ich bezpośredniością. Z domu wyniosłem taki staroświecki (a może prowincjonalny z punktu widzenia Zachodu?) zwyczaj przynoszenia kwiatów z pierwszą wizytą u kobiety. Nieważne ile ma lat, męża itp. Po prostu. Więc kupiłem kwiatki, idę do Didiera, otwiera mi śliczna blondynka, przedstawiam się, mówi, że wie, że jestem malarzem z Polski, że Didier zaraz przyjdzie itp. Daje jej kwiatki, a ona pyta, czy chcę ją przelecieć. Kurde, tłumaczyłem się, że to taki zwyczaj, ble, ble… w końcu przyszedł Didier, zjedliśmy kolację i pogadaliśmy o wystawie.

A jak się skończyło z Lukiem z Antwerpii, z którym dyskutowałem o marketingu? Wchodzę ze znajomymi do Bo-Bi Bar, jest zima a przy barze siedzi jakaś panna w dżinsach z dziurą na dupie. Podszedłem, spokojnie wyjaśniłem, że bez żadnych podtekstów, że w sprawach czysto naukowych, ale bardzo proszę aby mi wyjaśniła, o co chodzi z tą dziurą. Znajomi Duńczycy zaświadczyli, że ze mną wszystko OK i ona mi opowiedziała, że to moda, która przyszła z Londynu. Że dziura na tyłku, szczególnie w zimie, szczególnie na granicy majtek, pokazuje kontrast opalonego ciała z białymi majtkami, tak samo w innych miejscach jeśli widać białe nitki materiału i tak dalej i tak dalej.

Następnego dnia zadzwoniłem do Luka i spytałem, czy pamięta naszą rozmowę o marketingu i dziurawych spodniach. Pamiętał. Więc mu opowiedziałem.

Tak naprawdę to bardzo fajna moda, taki spoko luzik i mam nadzieję będzie trwała długo nawet bez tych konotacji majtczano-opaleniznowych, które prawdę mówiąc wtedy w Bo-Bi Bar zabrzmiały mi jak marksistowska baza i nadbudowa, cokolwiek to jest.

No i udało mi się skończyć „Cztery pory roku”, oczywiście w pięciu obrazach, bez drabin, padającego śniegu w zimie, listków na wiosnę i jesiennego deszczu (jak u Johnsa). Według Celtów rok zaczynał się w listopadzie, z początkiem zimy i dzielił się na geimhredh – sezon zimowy i samradh – sezon letni, ale święta związane z przygotowaniami do zimy, oczekiwania na wiosnę, prac wiosennych, potem letnich i związane z okresami zbiorów dzieliły rok na pięć części. A poza tym, czyż cztery pory roku w pięciu obrazach nie są z punktu widzenia malarstwa oczywistością?
I tak zostałem malarzem.

Louisiana, Sontag i Malewicz

W Louisianie widziałem szkice i rysunki Malewicza i przeczytałem kilka książek. Czarny Kwadrat jest prapoczątkiem myślenia o sztuce w kategoriach nieplatońskich, ale czy jest jego końcem? Czy to punkt, w którym skupia się, otwiera i zamyka zarazem wszechświat sztuki? Sowieci w końcu nie urządzili na Placu Czerwonym Campo di Fiori.

Susan Sontag twierdzi, że pytania o wartość sztuki pojawiły się wraz z mimetyczną teorią sztuki Platona, z której ma wynikać jakieś wymaganie wyjaśnień od sztuki. Co więcej, Sontag mówi, że wydawać się może, że Platon podał w wątpliwość wartość sztuki. I zaznacza, że najpierwszą teorią sztuki była właśnie platońska mimesis, czyli imitacja rzeczywistości. „The earliest theory of art, that of the Greek philosophers, proposed that art was mimesis, imitation of reality. It is at this point that the peculiar question of the value of art arose. For the mimetic theory, by its very terms, challenges art to justify itself. Plato, who proposed the theory, seems to have done so in order to rule that the value of art is dubious.”

Ale nieco dalej mówi, że teoria mimetyczna jest niejako równoważna przekonaniu, że sztuka jest zawsze figuratywna i dodaje niepokojące mnie zdanie, że obrońcy tej teorii nie muszą zamykać oczu na sztukę dekoracyjną i abstrakcyjna. Niepokoi mnie owo „i”.

“In Plato and Aristotle, the mimetic theory of art goes hand in hand with assumption that art is always figurative. But advocates of the mimetic theory need not close their eyes to decorative and abstract art.”

Niepokoi mnie, bo zestawienie sztuki dekoracyjnej i abstrakcyjnej w jeden zestaw zjawisk przeciwstawnych prakoncepcji sztuki zawsze i obowiązkowo przedstawiającej w pewien automatyczny sposób je zrównuje. Co prawda Sontag dalej mówi, że błędne przekonanie, że sztuka zawsze jest „realizmem” (i słusznie daje ten realizm w cudzysłów) można pominąć w ogóle nie ruszając się poza problem określony teorią mimetyczną. „The fallacy that art is necessarily a „realism” can be modified or scrapped without ever moving outside the problems delimited by the mimetic theory.”

Może niepokoi to niewłaściwe określenie. Te zdania zmuszają mnie do zadania sobie pytania, czym jest Czarny Kwadrat po doświadczeniu podziału sztuki na „po Duchampie” i „po Picassie”. Można powiedzieć, że pisuar zamknął badanie granic sztuki (bo po co badać zbadane?), a Picasso zamknął dyskusję „przedstawienie”. Ale jeśli to prawda, to powstaje pytanie, co otworzył Czarny Kwadrat?  To są pytania, czy raczej kwestie dla tęgich umysłów poławiaczy pereł, dla mnie rodzi się zadanie, jak namalować obraz, który „otworzył” Czarny Kwadrat. Inaczej mówiąc jak go zdekonstruować, posługując się umownie pojęciem Jacquesa Derridy. Jeżeli „nie ma nic poza tekstem” to nie ma nic poza obrazem. Czy można namalować Czarny Kwadrat dzisiaj? Jak to zrobić? I dlaczego mieszam myślenie Susan Sontag o teorii sztuki z Derridą, a zaraz dołożę Wittgensteina? Bo mój Czarny Kwadrat będzie (jeśli mi się to uda kiedykolwiek namalować) tak „mimetyczny” i tak „realistyczny” jak „dekoracyjny” był u Malewicza. Dzisiejszy Czarny Kwadrat będzie z jednej strony obrazem obrazu, z drugiej jakąś próbą interpretacji. Powinien pominąć, porzucić jak mówi Sontag (can be scrapped without ever moving outside the problems delimited by the mimetic theory) problem wyznaczony przez platońską teorię mimetyczną, powinien być na tyle „realistyczny” na ile sztuka abstrakcyjna nie jest dekoracyjna i na tyle „poza czasem” na ile Czarny Kwadrat był początkiem i końcem, był punktem o nieskończonej wartości. Ciekawe zadanie, hahaha.

Klient

Rozmawiałem z Didierem o roli galerii. Po otwarciu wystawy stwierdził, że to był sukces bo coś sprzedaliśmy, było dużo ludzi i było miło. Powiedziałem mu, że jeśli chce żeby było dużo ludzi i miło to może pójść z nimi do Bo-Bi Bar i będzie jeszcze milej. A „sprzedaliśmy” też mi się nie podoba, bo to nie moje zajęcie a jego. Mam z tym problem, zdarza mi się rozmawiać z „klientami”, ale rzadko wychodzę z tego obronną ręką. Rzadko kupuje ode mnie obrazy ktoś, kto mówi „chcę to mieć” i rozmawia ze mną o sztuce. Na ogół, i tak było na otwarciu ostatniej wystawy, ktoś chce ode mnie czegoś, czego nie mam.

Janusz

W mojej pracowni działo się ostatnio za dużo. Coraz mniej skończonych obrazów, coraz więcej gości. Eruk Kulm, mój kumpel perkusista wpadł pogadać. Alinka kazała mu rzucić palenie, więc poszedł na akupunkturę i, jak opowiada, tak go to kłucie wkurwiło, że jak wyszedł to od razu zapalił dwa. Przyjechali znajomi z Kopenhagi, jacyś ludzie z Brukseli kupić obrazy, ale nic nie miałem. Wieczorem przyjechał Tomek Wierzejski, fotograf z Gazety Wyborczej ze zdjęciem Mazowieckiego i prośbą, żebym z tego zrobił plakat wyborczy. Na rano. Mówię mu, tłumaczę, a on zabrał mnie na Belwederską na spotkanie z Jackiem Kuroniem, Adamem Michnikiem i całą resztą doradców Mazowieckiego. I tłumaczę im, że nie da się tego zrobić w jedną noc i proponuję, żeby zwrócili się do profesora Tomaszewskiego. A Kuroń na to, że już z nim rozmawiał, powiedział, że potrzebuje pół roku. A rano drukarnia ma drukować plakaty. I pyta, czy mam jakiś pomysł. Więc wymyślam, że mogę wybrać jakieś zdjęcie Mazowieckiego byle był uśmiechnięty, ręcznie dopisać hasło i rozłożyć kolory trochę w stylu serigrafii Andy Warhola. Pomysł się podoba, więc Kuroń mianuje mnie plastycznym szefem kampanii wyborczej i dodaje: „a teraz spadaj do roboty”.

Noc przesiedziałem nad zdjęciami, tylko na jednym Mazowiecki był uśmiechnięty, ale zdjęcie było niedoświetlone. Tomek zrobił je premierowi, gdy przechodził pod skrzydłem samolotu. Przygotowałem szkice do podziału zdjęcia na kolory. Rano okazało się, że nie da się zrobić separacji kolorów, nie ma czasu na druk na wielobarwny, więc na zdjęciu dopisałem flamastrem „nasz premier, nasz prezydent” i pojechałem do drukarni pogadać z drukarzami. Pokazałem im jak mieszać farby, żeby nie drukować w tym samym kolorze, tylko od zimnych do ciepłych, od jasnych do ciemnych, tak żeby każdy plakat był trochę inny. A ludziom od dystrybucji kładłem do głowy, żeby je wieszali wymieszane. I siedziałem w drukarni cały dzień patrząc jak maszyny wypluwają tysiące kolorowych obrazków i pilnując, żeby je pomieszali przed zapaczkowaniem.

Zadzwonił Jacek Kalabiński z Waszyngtonu, że na jego prośbę przylatuje do Warszawy na kilka godzin Fred Martin, doradca w wyborach prezydenckich w Stanach, żeby podzielić się swoją wiedzą. Ale nikt nie miał czasu się z nim spotkać. Więc zaprosiłem go na obiad do Europejskiego i siedzieliśmy cztery godziny czekając aż ktoś się odezwie. Nikt nie zadzwonił, a Fred Martin wyłożył mi swoją wiedzę o wyborach, sposobie prezentacji, hasłach wyborczych i całym tym amerykańskim przemyśle przekonywania (czyli o teatrze kukiełkowym na całkiem żywych, ale chyba nieświadomych jak im się grzebie w mózgach), co zapisywałem w notesie, by przekazać dalej, ale nikogo to nie zainteresowało. Wokół kampanii pojawili się ludzie, którzy wiedzieli lepiej i brali za to pieniądze. I wymyślili nowe hasło wyborcze: „Uparcie do przodu”. Powiedziałem sorry, ja do tego plakatu nie zrobię, bo mi się kojarzy ze stolcem, parciem i uporem maniaka. Przeprosiłem Henryka Woźniakowskiego, który kierował kampanią i poleciłem mu Marcina Mroszczaka, którego kiedyś poznałem w Gandawie,  i wiedziałem, że jest wybitnym grafikiem i zajmuje się profesjonalnie reklamą.   

Pomijając fakt, że Premier Mazowiecki, postać wybitna, nie nadawał się do medialno-wiecowej obróbki, to przegrana z kolesiem z Peru, o którym nic nie było wiadomo poza tym, że bije żonę i zrobił sobie zdjęcie z pytonem była smutna. W czasie ogłaszania wyników, w biurze Mazowieckiego w Alejach Jerozolimskich, profesor Geremek powiedział mi, że wynik świadczy o tym, że w społeczeństwie jest 20 procent idiotów. Ale zaraz zastrzegł, że na społeczeństwo nie można się obrażać, tylko trzeba pracować dalej.

* * *

Wróciłem do pracowni. Przyjechał Sławek Idziak obejrzeć obrazy i moje „obiekty”, o których mu kiedyś wspomniałem. Moi sąsiedzi robiąc remont, tęskni wieszcza, bo ogłosili, że nie ma róż bez kolców, wpierdzielili mi do ogrodu dach. W całości. Kupę gruzu z połamanymi deskami, blachami i cholera wie czym jeszcze. Siedziałem tak patrząc w to rumowisko, pozbierałem trochę desek, blach, u producenta akwariów zamówiłem wysokie na dwa metry szklane pudła i wsadziłem do nich kompozycję z tego bałaganu dodając ukryte wewnętrzne oświetlenie. A Sławek Idziak ustawił to w pałacu w Natolinie, klasycyzm w zestawienie z neoawangardowo-dewastacyjnymi obiektami zasilanymi własnym światłem, co spowodowało, że Irenka, czyli Irene Jacob, która grała u Sławka poprosiła, czy nie mógłbym jej zrobić takiego czegoś, ale mniejszego jako lampę. Mógłbym, gdyby domy miały mniejsze dachy. Albo gdybyśmy mieszkali w psich budach.

Gdy gadaliśmy ze Sławkiem z ogrodu, już bez śladów latającego dachu, pojawiła się Beatka. A cóż to za anioł? – spytał Sławek. Beatka, anioł prawdziwy w moim życiu, zbierała w ogrodzie kwiatki. Każdy ma to, na co zasługuję. Mam na myśli kwiatki.
Wpadł Żuk Piwkowski, z wystawą trójkątów w Paryżu, a brakowało mu trójkąta malowanego, i Zyga, czyli Zygmunt Rytka, i jeszcze znajoma z Kopenhagi…
I zamykam pracownię, żeby już nikogo, poza Beatką oczywiście, nie wpuszczać. Bo jeszcze chwila i przestałbym malować i wróciłbym do Kopenhagi zrealizować projekt w Gliptotece; miałem zasłonić rzeźby etruskie płótnem, powiesić swoje obrazy, muzyka Olgi Magieres i pojawił się pomysł zalania posadzki wodą, a z sufitu miał zwisać na platformie goły Murzyn-perkusista jazzowy.
Nikogo, nie dotyczy Janusza.
Janusz Zagrodzki, w przeciwieństwie do większości wypowiadaczy słów o sztuce wie. Jego wiedza imponuje, rozumienie sztuki otwiera klapki w mózgu, a chodzenie z nim po muzeach i galeriach wprawia w zakłopotanie. Zapisałem sobie swojego czasu, że nie da się opisać nieopisywalnego w sztuce. A Zagrodzki napisał: „Sztuka rozbiła zwierciadło realnego, ale z odłamków ułożyła inne”. No, dziewczyny i chłopaki, kto napisze coś lepszego dostanie ode mnie lizaka na patyku. Takiego ze słoneczkiem, albo z misiem.

W akapicie, które Janusz Zagrodzki poczynił na zakończenie tekstu „Sztuka dnia dzisiejszego” jest zawarta odpowiedź na dylematy Susan Sontag o punkt w czasie; jaj podział na „kiedyś”, gdy sztuka nie potrzebowała się usprawiedliwiać, i „teraz”, gdy tkwimy z zadaniem obrony sztuki. Jest też odpowiedzią na Heglowskie przewidywanie kresu sztuki, gdy dziełom sztuki pozostanie jedynie niejako zastępcza realizacja niemożliwych inaczej do wysłowienia niedoskonałości, czy niedostatków estetyki. Jest też prostym, a przez to niezwykłym (bo przez „proste” mam na myśli klarowne) rozwiązaniem kwestii, która męczyła Theodora  Adorno, gdy z pozycji filozofii historii wyznaczającej granice prawomocności sądów w estetyce pisał w „Teorii estetycznej” o intencji artystycznej, którą nazywał radykalnie absurdalną, gdyż „wypływa prawdopodobnie z potrzeby transponowania stanu metafizycznej bezsensowności na pozbawiony sensu język artystyczny. U Zagrodzkiego sztuka to continuum, niekończący się proces, a jako, że jest nie tylko historykiem i krytykiem sztuki, ale też artystą-poetą stać go na zadanie pytania, jaka jest sztuka współczesna i potrafi na nie odpowiedzieć mimo ograniczeń, które postawił Wittgenstein.

Przejechaliśmy razem pół Europy łażąc po muzeach i galeriach. Najciekawsze opowiada mi o Malewiczu, o Strzemińskim, o Kobro.  Ostatnio, gdy wspomniałem o rysunkach Malewicza, które widziałem w Londynie, Janusz opowiedział mi, że pod koniec lat sześćdziesiątych pojechał do Leningradu i odwiedził żonę Nikołaja Sujetina, ucznia Malewicza, która nazywała się Anna Leporskaja. I ona pokazała Januszowi skrzynię z rysunkami uczniów Malewicza; dziesiątki, setki tak samo, czy bardzo podobnie wyglądających rysunków. Wówczas Malewicz był ledwo znany na Zachodzie, Leningrad za żelazną kurtyną, a skrzynia z rysunkami pamiątką. Co się stało z rysunkami później, tego Janusz nie wie.

Kosuth i inni
(fragmenty z lat 1995 – 2004)

Dostałem „Zmierzch estetyki” a tam wszystko! No, prawie. Ale jest Adorno w kawałkach, i jest Binkley, te teksty, które kiedyś poznałem w Londynie. Jest też Kosuth, co więcej spotykam go po raz drugi, tym razem tutaj, w Warszawie; rozmowa z nim po wykładzie w Zamku Ujazdowskim. I pytam go o sztukę po religii. Zdziwiony.

Auschwitz

Pojechałem po raz trzeci. Sam. W zupełnej ciszy. Coś każe mi tam wracać. Nie da się opisać, nie bardzo daje się przemyśleć. Ale namalowałem kilka obrazów. Wróciłem w nich do starych studenckich malarskich pomysłów, trochę to malarstwo uproszczone i naiwne, ale nie o obrazy tu chodzi. O jakiś ślad. Straszny.

O malarzach

Zaprzyjaźniłem się z Kaśką Grocholą, poetką, która świetnie pisze i twierdzi, że kiedyś będzie sławna i bogata. Na razie nie jest, pracuje w biurze matrymonialnym a poznaliśmy się, gdy poprosiła, abym ją mocno przytulał. Odwiedziłem jej ciotkę, a zarazem sąsiadkę, wybitną dziennikarkę Wiesię Grocholę, i wychodząc wstąpiliśmy do Kaśki. A ona zobaczyła przy płocie swojego byłego męża, wyjątkowo paskudnego typa, jak mi powiedziała, i poprosiła, żebym przytulił się do niej, gdy będzie mnie odprowadzała do furtki. Co zrobiłem z wielką przyjemnością, dokładnością i staranną należytością ku uciesze Kaski, która twierdziła, że jej były aż rozpłaszczył się na płocie. Tak się poznaliśmy, a niedawno wpadliśmy na pomysł napisania wspólnej książki. Rzecz się dzieje w Szwajcarii, w bunkrze przeciwatomowym, ukrytym pod budką z hamburgerami w Zurichu. W bunkrze chowają się malarze. Jeszcze nie wiemy, przed czym się chowają, ale zaraz wymyślimy.

Malarze maja to do siebie, że czasami się chowają.     

Lou Read z zaświatów

Louis nie tylko dał mi kiedyś dach nad głową, ale wprowadził w świat muzyki. W latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych organizował koncerty, miedzy innymi Pink Floyd.  Jego ulubionym artystą był Lou Read. Gdy mieszkałem w Antwerpii, słuchałem płyt z bogatej kolekcji Louisa. Teraz, w czasach internetu, Louis surfuje po sieci w poszukiwaniu utworów i wiadomości z czasów, gdy te wiadomości nie były dostępne. Opowiada mi o tym tu, w Warszawie. Zaprosiłem go po tylu latach znajomości. Mieszka u mnie, jak ja kiedyś u niego. Przywiózł od Marthy w prezencie dla naszego dziecka ubrania. Beatka, mój anioł prawdziwy, jest w ciąży i chodzi po ogrodzie z wielkim brzuchem, a my z Louisem chodzimy na koncerty, i na piwo.

I gadamy o muzyce. Dla Herbie Hancoka monotonny jazgot betoniarki może być równie inspirujący jak pożar w studio, czy mgły unoszące się nad jeziorem genewskim dla najsławniejszego gitarowego riffu Ritchiego Blackmore’a w „Smoke on the Water”. Louis opowiada o Velvet Underground i Nico, o Factory Andy Warhola, a ja o jego obrazach. Chcąc nie chcąc, gdy mowa o relacji sztuki i mediów, wspominam Roberta Rauschenberga i pojawia się pytanie, czy samo przeżycie wystarcza by dotrzeć do istoty sztuki, czy niezbędne jest zrozumienie kontekstu, czasu, relacji społecznych i tego, co nazywamy procesami wewnętrznymi – czysto muzycznymi, bądź własną logiką – obrazu, utworu. Przypominam, że Adorno twierdził, że ten kto nie rozumie owych muzycznych procesów w symfonii Beethovena nie dorasta do niej tak jak i ten, kto nie dostrzega w niej echa Rewolucji Francuskiej, a ja usiłuję przekonać Louisa, że również nie zrozumie King Crimson ten, kto nie usłyszy w 21st Century Schizoid Man echa Wietnamu, Auschwitz, gułagu, czy czegokolwiek z bogatej XX wiecznej listy przebojów szaleństwa.
– Dlaczego? – pyta Louis.
– Dlatego, że wchodząc w wiek XXI, zastanawiamy się jakie nam przyniesie szaleństwo.
Louis na to: – Naprawdę echa Wietnamu było słychać w tym, jak Jimi Hendrix grał w Woodstock hymn amerykański.
Louis obiecał, że nagra mi i wyśle zestaw najważniejszej dla niego muzyki. Wspomniał, że będzie tam Chopin, i Miles Davis, i najważniejsze utwory jego ukochanego Lou Reada.
Miesiąc później zadzwoniła Martha, że Louis nie żyje. Miał 83 lata.
Tydzień później przyszła paczka z płytami, które Louis sam dla mnie nagrał, i sam opisał, każdy utwór, z jakiej płyty, z którego roku. Z datą nagrania. Ostatnia z utworami Lou Reada.

Oba. Rysiek Grzyb

Malujemy w mojej pracowni. Fantastyczne doświadczenie. Rysiek to kawał malarza. Czuję, że możemy namalować każdy obraz.

Dawno temu, wpadłem do rodziców, którzy mają, w przeciwieństwie do mnie, telewizor i właśnie oglądali Pegaz, albo podobny program i zapowiedziano wywiad z artystą. Ukazało się wnętrze pracowni, artysta na stołku i panienka o licznych walorach artystycznych niewątpliwie, acz niemalarskich. I ta panienka zadała artyście pytanie: – Co pan, panie artysto, teraz maluje?
– Zające i nosorożce.
– A co pan będzie potem malował?
– Króliki, proszę pani.
Pokochałem Ryszarda Grzyba.
Spotkaliśmy się później na jakiejś wystawie, pogadaliśmy, i w końcu trafiliśmy do mojej pracowni. Malujemy sporo dobrych obrazów.

Gołębie po latach

Czytam, że w archiwach Home Office, a mam do tej instytucji sentyment sprzed lat, znaleziono informację o gołębiach militarnych. Militaryzm też mnie zawsze pociągał.  Malowałem kiedyś łodzie podwodne, a nawet Łunochoda.

W Londynie w archiwach MI5 znajduje się dokumentacja projektu, nad którym Anglicy pracowali po wojnie, aż do 1950 roku. Przewidywał on użycie gołębi. Miały być wysyłane w głąb Rosji w różny sposób, nawet rakietami: (…)tysiąc gołębi z dwoma uncjami ładunku wybuchowego każdy – proponował autor tego pomysłu – ląduje w regularnych odstępach czasu na z góry upatrzonych pozycjach.
Szefem tajnego projektu planującego użycie zmilitaryzowanych gołębi by pokonać komunizm był ppłk William Rayner. Oto oryginały ujawnione miedzy 2000 i 2004 rokiem:

      Documents now released to the National Archives reveal that the War Office intelligence section, MI14, warned: “Pigeon research will not stand still; if we do not experiment, other powers will.”
Among MI14’s proposals was the training of pigeons carrying explosives to fly into enemy searchlights.
Meanwhile, pigeon enthusiast Wing Commander WDL Rayner suggested a “bacteriological warfare agent” could be combined with the explosive.
     The Ministry of Defence made public some secret files which contained details of an amazing secret weapon which MI5 seriously considered using during the Cold War. This secret weapon was so deadly it could wipe out whole cities in enemy territory, and would be so fearsome that it would reduce enemy countries to their knees. It could slip in and out of enemy lands without being seen and was undetectable to radar. What was this terrifying and awesome secret which would wreak havoc on any potential enemy? What was this fearsome and devastating weapon? It was the common pigeon.
Yes, believe it or not, during the 1940’s the government’s Air Ministry had a special pigeon section, run by Wing Commander William Rayner. Rayner devised a plan whereby pigeons could be trained to fly into enemy territory, with a small explosive device carrying deadly poison strapped to their backs. The pigeons would be flown in a plane over enemy lines and then dropped so they would fly to their destinations and release their deadly cargo.
Sadly, it was discovered that the pigeons would not survive the attacks, but it was said that the pigeons were willing to make the ultimate sacrifice for King and country.

Wraca Malewicz, czyli o akcencie brooklyńskim

Dostałem zaproszenie do udziału w wystawie „Malewicz w Polsce”, której kuratorem jest Zbigniew Warpechowski. Mam w pracowni dwie prace, trudno to nazwać obrazami: na plastikowych kawałkach od teczek na rysunki zrobiłem niedawno „Wniebowstąpienie Kazimierza Malewicza” i „Ukrzyżowanie Kazimierza Malewicza”. Ale wczytałem się solidnie w tekst Warpechowskiego, który porusza m.in. kwestię powszechnej w świecie niewiedzy o polskich korzeniach Malewicza. Uprawianie sztuki, malowanie obrazów, poszukiwanie granic, a tym się zajmuję, jest w dzisiejszym świecie zajęciem nieco szalonym i taki też wpadł mi do głowy pomysł, by coś o Malewiczu przemycić w formie popularnej i łatwo strawnej dla amerykańskiego tzw. odbiorcy. Cholera wie kim jest taki odbiorca, na pewno nie obchodzą go wystawy polskich malarzy. Uznałem, że jeśli ma coś przełknąć poza Sunday Night Football czy hamburgerami będzie to film lub książka o agentach CIA i terroryzmie w formule popularnego political fiction, która opowie o tym, o czym musi: o współczesnej polityce, realiach służb specjalnych, a przystrojona w Bondowskie gadżety przemyci opowieść o sztuce współczesnej, o roli Kazimierza Malewicza w tworzeniu awangardy, o jego polskich korzeniach.

Tak naprawdę pomyślałem o czymś o seksie, ale nie podjąłbym się konkurencji z nocnymi kanałami tv.

Pierwsze moje próby trafiły do Michaela Kandella, wybitnego tłumacza Stanisława Lema, który skierował mnie do Patrica LoBrutto, nowojorskiego profesora literatury, edytora takich pisarzy jak Stephen King i Isaac Asimov. Mój projekt go zainteresował, tym bardziej, że przypadkiem akcję umieściłem częściowo w jego rodzinnych stronach (jak mi odpisał, czytając mój tekst, wyglądał przez okno, czy któryś z bandziorów nie skrada się pod jego domem) i w Nowym Jorku, który zna i uwielbia. Dokładniej rzecz biorąc, na początku powstał pewien problem, bo wysłałem mu po rekomendacji Kandella kilka stron po polsku, a LoBrutto odpisał, że skoro to zaciekawiło Kandella to pewnie jest ciekawe, ale on nie zna polskiego, więc prosi żebym mu to wysalał po angielsku. Więc usiadłem na tyłku na pół roku i pisałem po angielsku. A potem spotkaliśmy się w Nowym Jorku i pracowaliśmy wspólnie. Jego styl pracy, w przeciwieństwie do polskich redaktorów, polega na niezłomnym tłumaczeniu pisarzom co spieprzyli i nie poprawianiu niczego. Jak mi powiedział, jego święta zasada to nie dopisywać nawet słowa. Po kilku latach wspólnej pracy udało mi się w końcu zmusić go do napisania jednego jedynego zdania: w scenie w Alzacji nadałem jednemu typkowi akcent brooklyński tylko po to, aby było jasne, że jest nowojorskim bandziorem. Równie dobrze mógł mieć akcent New Jersey czy jakikolwiek inny. Patric w nieskończoność tłumaczył mi, że napisane przeze mnie zdanie, a raczej przekleństwo nijak nie brzmi „po brooklyńsku”, w końcu przyznał się, że urodził się i chodził do szkoły na Brooklynie. Przestudiowałem, co się dało na temat brooklyńskiego akcentu, jak się skracają spółgłoski, co gdzie i kiedy zanika w wymowie, nawet połaziłem po Brooklynie i podsłuchiwałem, i nic. Pisałem to francowate zdanie wiele razy i Patric zawsze krzywił się. W końcu zaszantażowałem go, że nigdy nie skończę książki dopóki sam mi tego nie napisze.

To zdanie w brooklyńskim akcencie brzmi: “Fuck, les ged outa heah.”         

* * *

Obrazy na plastikowych teczkach wysłałem na wystawę, sam jej nie widziałem, ale czytałem o niej.

Chcąc nie chcąc wwiercił mi się w głowę pradawny pomysł rozłożenia Czarnego Kwadratu na czynniki pierwsze, znalazłem swoje notatki, a tam zapisałem przed laty takie coś: czym jest Czarny Kwadrat po doświadczeniu podziału sztuki na „po Duchampie” i „po Picassie”. Można powiedzieć, że pisuar zamknął badanie granic sztuki (bo po co badać zbadane?), a Picasso zamknął dyskusje „przedstawienie”. Ale jeśli to prawda, to powstaje pytanie, co otworzył Czarny Kwadrat?  To są pytania, czy raczej kwestie dla tęgich umysłów poławiaczy pereł, dla mnie rodzi się zadanie, jak namalować obraz, który „otworzył” Czarny Kwadrat. Inaczej mówiąc jak go zdekonstruować, posługując się umownie pojęciem Jacquesa Derridy. Jeżeli  „nie ma nic poza tekstem” to nie ma nic poza obrazem. Czy można namalować Czarny Kwadrat dzisiaj? Jak to zrobić? I dlaczego mieszam myślenie Susan Sontag o teorii sztuki z Derridą, a zaraz dołożę Wittgensteina? Bo mój Czarny Kwadrat będzie (jeśli mi się to uda kiedykolwiek namalować) tak „mimetyczny” i tak „realistyczny” jak „dekoracyjny” był u Malewicza. Dzisiejszy Czarny Kwadrat będzie z jednej strony obrazem obrazu, z drugiej jakąś próbą interpretacji. Powinien pominąć, porzucić jak mówi Sontag (can be scrapped without ever moving outside the problems delimited by the mimetic theory) problem wyznaczony przez platońską teorię mimetyczną, powinien być na tyle „realistyczny” na ile sztuka abstrakcyjna nie jest dekoracyjna i na tyle „poza czasem” na ile Czarny Kwadrat był początkiem i końcem, był punktem o nieskończonej wartości.

I tak zacząłem szkice, małe formaty, większe formaty, i w końcu jest, Wisi u mnie w pracowni. Wpadł Rysiek Grzyb i powiedział, że w tym obrazie jest siła. A ze zdaniem Grzyba należy się liczyć. Zarówno w kwestiach siły, jak i malarstwa.

Przyszła do pracowni Pani. Błąd. Od lat nie wpuszczam nikogo, z małymi wyjątkami. I nie sprzedaję „z pracowni”. Też z jednym wyjątkiem zaprzyjaźnionego szwajcarskiego kolekcjonera. Jak to bywa z zasadami, Beatka namówiła mnie, bo to znajoma, bo to, bo tamto, bo pstro. No i przyszła. Wyciągnąłem kilka obrazów, a ona sobie porobiła swoim złocistym telefonem fotki i powiedziała, że skonsultuje z architektem wnętrz, bo zmieniają wystrój livingroomu.. Spojrzała jeszcze na Malewicza, spytała, coś bąknąłem i niczego już jej nie mówiłem. Nie potrafiłbym jej opowiedzieć, że ten prosty prawie monochromatyczny obraz malowałem osiem lat, a tak naprawdę wiele więcej; dwadzieścia lat rozmów z Zagrodzkim o sztuce i Malewiczu, parę lat studiów, muzea w Stanach i w Europie, przedzieranie się przez Derridę, Wittgensteina, kłótnie moje własne i ciche z Adorno; Gadamer I Herbert Marcuse, i paru innych i tak dalej. No nie wytłumaczyłbym jej tego. Nie dlatego, że się wywyższam. Ona nie słyszała o Malewiczu. 

A ja kiedyś namalowałem kilka obrazków ze wzorkami, wśród nich biały i czarny kwadrat, z napisami „will this pattern match your new sofa?”

Marzenia z młodości

Wymyśliłem sobie kiedyś w Londynie, że zrobię to, co Rauschenberga z rysunkiem DeKooninga. No i mam! Rysiek Grzyb przyniósł do pracowni swój niewielki obraz, a ja go zamalowałem.

Napisałem coś jeszcze

Pamiętam, że zapisałem kiedyś, że nie da się zapisać matematycznymi równaniami obrazu Caravaggia. Do czasu. Przeczytałem, że nastąpiła awaria w największej maszynie świata, czyli w Wielkim Zderzaczu Hadronów. I wpadłem na pomysł, który opisałem w formie krótkiego opowiadania.  Znudzeni chwilową przerwą w pracy informatycy, którzy na co dzień pracują przy wielgachnych superkomputerach w CERN pod Genewą spotykają przy piwie malarza, który namawia ich na stworzenie oprogramowania, które na podstawie cyfrowo zapisanych wszystkich wybitnych dzieł sztuki z przeszłości i teraźniejszości stworzy przy pomocy chwilowo nieużytecznych superkomputerów najwybitniejszy obraz z przyszłości. No i oni siadają do roboty; zgrabnie omijam szczegóły przetworzenia chiaroscuro u Caravaggia na język programowania. I tak powstaje nowe malarstwo, które wypełnia dzisiejsze galerie. Amen.

Julia i Antoni. Pierwsza wystawa #grupawolno

Trochę to trwało zanim dała się przekonać do wystawy. Nie lubi publicznych wystąpień, najchętniej zamknęłaby się w pracowni i malowała. Rozumiem, nawet nie wiecie jak dobrze rozumiem. Ale pracujemy już pół roku i czas to pokazać. Dostaliśmy propozycję małej wystawy w dwóch salach, akurat na kilka obrazów o dojeniu van Gogha. Dlaczego go doimy? Dobre pytanie. No, ale w tak małej przestrzeni wszyscy się nie zmieścimy. Jesień w pełni, jeszcze całkiem ciepło, ale w grudniu może padać, zimno a ludzi nie zaprosimy, żeby stali na zewnątrz. HOS Gallery w trakcie przeprowadzki, ale w okolicy jest mega miejsce, tysiąc metrów kwadratowych na dwóch poziomach, fantastyczna przestrzeń galeryjna w dodatku z małą sceną, krzesła na ponad sto osób. Zadano mi całkiem sensowne pytanie: „Myśleliście o dwóch małych salach, skąd nagle pomysł na taką dużą przestrzeń?” Po pierwsze sami chcemy zobaczyć to wszystko co mamy, po drugie chcemy pokazać performance przygotowany wspólnie z Antonim, nagrać to profesjonalnie i zrobić z tego videoart, a Antoni potrzebuje swoich muzyków, światła, przestrzeni. No i Zuzanna Iłenda, fantastyczna młoda aktorka, śpiewa magicznie, zrobiliśmy jedną próbę i też potrzebuje wokół powietrza; zasysa przestrzeń wokół siebie. I coś jeszcze: okazało się, że te tysiąc metrów to i tak za mało żeby wszystko pokazać. Robi się z tego spora wystawa, czasu mało, w dodatku dostajemy termin na tydzień przed świętami, 14 grudnia. Ludzie będą zajęci. Trudno.

O co jeszcze jestem pytany? O współprace z Julią, oczywiście. Jak to jest razem malować obrazy? Kto trzyma większy pędzel? I tak dalej. Przyzwyczaiłem się. Malowałem z Ryszardem Grzybem, projekt Oba, malowałem z pewnym Szwajcarem, i kilka innych projektów. Odpowiadam, że się rozumiemy. Bo tak naprawdę tylko o to chodzi, albo jest chemia, albo wiemy, o co nam chodzi, albo nie. Jeśli nie, z takiej współpracy nic nie będzie. A z pędzlem sobie poradzimy.

I, oczywiście, pytania, o Antoniego. Jak już przełkną Julię i rozmiar pędzla, to pytają, co z nami robi Antoni, który jest muzykiem, reżyserem, i po prostu zdolnym facetem, ale nie jest malarzem. Jest artystą, odpowiadam. Pijemy wino, gadamy, urządzamy miesięcznice, włóczymy się nocami po mieście, idziemy na koncert Rolling Stonesów, czytamy, wymyślamy miejsca, piszemy periodyk – nasze własne pismo o tych wymyślonych miejscach i zamieniamy to w sztukę. I znów przypomina mi się zdanie, które kiedyś zapisałem, ale nie pamiętam, kto to powiedział: „Sztuka jest sztuką, a wszystko inne jest wszystkim innym.”

* * *

Zimno. Ciemno. Mało czasu. Wieszamy wystawę, wszystko na ostatnią chwilę. Czekam na Julię, która gdzieś podreptała. Stoję w drzwiach na piętrze, boczne wyjście pożarowe. Centrum miasta, monstrualnie wielka flaga narodowa, a za nią lewiatan błyskający milionem światełek – Arkadia. Obietnica lepszości. Podobno przed świętami przychodzi tam sto tysięcy ludzi dziennie, a rocznie grubo ponad 20 milionów. Czy ktoś z nich słyszał et in Arcadia ego? Widziałem Poussina w Luwrze. Trzech młodych ludzi, zdaje się pasterze, i kobieta, spacerując po krainie wiecznej szczęśliwości, znajdują grób. Napis et in Arcadia ego ma im uświadamiać przemijanie, z czego nie zdawali sobie sprawy żyjąc w raju. Taka jest w każdym razie jedna z interpretacji, bo jest też i taka, że to śmierć ogłasza, że jest nawet tu, w raju, tym bardziej, że na nagrobku pojawia się cień kosy. Poza tym, jak to w życiu, nawet rajskim, nie wiadomo kim jest kobieta.

* * *

Na naszą pierwszą wystawę przyleciał z Anglii David. Miło. Poznaliśmy się w Warszawie prawie trzydzieści lat temu. Wpadł do nas na szybką kolację. Szybką, bo wcześnie rano miał samolot, zdaje się do Stanów, i zarezerwował sobie na noc hotel, żeby się wyspać. Po kolacji, już miał zamawiać taksówkę, zaproponowałem nalewką. Wytłumacz Anglikowi, co to nalewka. Moonshine? Home-made liqueur? Cholera wie. Usiedliśmy w ogrodzie. Beatka, nie tylko piękna, ale i zdolna. Dereniówka, wiśniówka, pigwówka. I kompozycje własne: mieszane jeżynówka i malinówka, i kilka innych, których składu nikt dokładnie nie pamięta, ale ważna jest kolejność próbowania. I tak próbowaliśmy do rana. David zdążył na samolot w ostatniej chwili, i jak wspominał, nie była to łatwa podróż.

Dziesięć lat temu na otwarciu naszego nowego domu był śp. ksiądz Roman Indrzejczyk, fantastyczny człowiek. Wśród młodzieży miał ksywkę Batman; szczupły, wysoki, chodził w sutannie szybkim, zdecydowanym krokiem. Mądry ksiądz, jakich dzisiaj dramatycznie brakuje. Usiedliśmy na tarasie i zaproponowałem księdzu mały kieliszek nalewki. Odmówił. Nalegałem: domowa, żona zrobiła z naszych ogrodowych owoców, dary natury. Zgodził się. Wypiliśmy więcej niż jeden kieliszek, ale ksiądz zaraz pobiegł do swoich bosko-ziemskich obowiązków. Był kapelanem prezydenta, razem zginęli w katastrofie samolotu, z której bardzo mali ludzie zrobili polityczne narzędzie do mataczenia.

* * *

Pokażemy dużo obrazów i performance. Będzie muzyka Antoniego, jego reżyseria, talent, moje teksty, moje wiersze, a na koniec Kaczyński ryknie. Poszperałem, poprosiłem o wypożyczenie, zajrzałem do piwnicy i zebrało się sporo kawałków przeszłości, nawet tych z lat osiemdziesiątych. Julia pokaże swoje obrazy, zestawimy je z moimi, interesują nas sąsiedztwa, no i sporo naszych wspólnych, ale nie wszystkie. Z założenia wystawa „Dojenie van Gogha” ma pokazać fragmenty tego, nad czym pracujemy. Takie powiedzenie „Hello, jesteśmy.”

Ikonografia obrazu

Znalazłem stare szkice z Reaganem. Opowiadałem Julii skąd to się wzięło: w latach sześćdziesiątych Reagan był burmistrzem Kalifornii, Joan Baez śpiewając „We shall overcome” odchodziła od korzeni ruchu praw obywatelskich i pieśń stała się hymnem Lata Miłości. Podobnie zresztą jak kilka innych utworów, i wykonawców, którzy zyskali sławę po Monterey Pop w 1967; Janis Joplin, czy Jimmy Hendrix, żeby wspomnieć największych. Ale to jego hymn amerykański solo na Woodstock stał się ikoną. Słychać w nim bomby zrzucane na Wietnam, i niezgodę na wszystko, co reprezentował sobą establishment, którego uosobieniem, poza skrajnie zakłamanym i skompromitowanym prezydentem Johnsonem, był burmistrz Kalifornii, były aktor Ronald Reagan. W dodatku to on wysłał Gwardię Narodową do okupacji Berkeley i nakazał zniszczenie parku na terenie uniwersytetu zajętego przez hippisów. Dziesięć lat później został prezydentem, szczególnie lubianym w Polsce, bo dokopał Sowietom, i to w ich własnym stylu, oszukując ich. Rzeczywiście wydawał miliardy na zbrojenia, obniżył z Saudami cenę ropy, docisnął Rosjan gospodarczo, a i tak ledwo się trzymali, ale gwiezdne wojny, lasery w kosmosie to był pic na wodę, a spotkanie Reagana z Gorbaczowem w Reykjaviku, które pamiętam, bo byłem wtedy w Londynie, to była ciekawostka: Reagan był przyzwyczajony do betonowych sowieckich bolszewików, którzy liczyli zagony pancerne i najchętniej rozjechaliby czołgami Europę. Breżniew pod koniec żywota to była mumia, ledwo łaził i bardziej nadawał się do mauzoleum. Po nim przyszli inni starcy z KGB Andropow i Czernienko, którzy szybko poumierali a po nich całkiem młody, inteligentny, z ładną żoną Gorbaczow. I Reagan go chyba polubił, a w dodatku w Reykjaviku Gorbaczow położył na stole podobno całkiem rozsądne propozycje rozbrojeniowe. Ale Reagan go cisnął dalej i nie odpuścił. To ciekawa postać, to były ciekawe czasu, i dla mnie ważne. A wyciągnąłem te szkice, bo to postać jeszcze ciekawsza patrząc na świat dzisiaj. Wbrew pozorom nie interesuje mnie polityka. Interesują mnie ludzie i idee, systemy wartości. Tamci ludzie mieli jaja a idee warte pochylenia, dzisiejszych nie widzę. Jest taka nowa okładka „Private Eye” z tytułem „Historic Deal” i zdjęciem: ledwo rozpoznawalni Theresa May i Jean-Claude Juncker ściskają sobie ręce, i napis „Is that clear enough for everyone?” Ledwo rozpoznawalni, bo zdjęcie jest całkowicie rozmyte, zamglone. Taki mętny jest obraz świata. Nawet Anglicy nie bardzo potrafią mi wytłumaczyć, co się dzieje z brexitem; każdy polityk ma jakiś interes, interesik, a zapłacą za to wszyscy. Prezydent Trump jaki jest każdy widzi, w dodatku coraz więcej wskazuje, że Putin maczał palce w jego wyborze. Widziałem w telewizji Reagana i Gorbaczowa w Reykjaviku, widziałem Trumpa i Putina w Helsinkach. Kompromitacja. Takie porównanie jest obraźliwe dla Reagana, ale Trump ma spore poparcie w Ameryce. Byłem niedawno w Paryżu, i nie mogłem się połapać, o co chodzi. Obejrzałem, przysięgam, naszą telewizję tzw. publiczną, wytrzymałem dziesięć minut primetime; jakiś facet który udawał dziennikarza rozmawiał z drugim, który nie wiem kogo udawał, bo nie udało mi się dojść do tego, o czym rozmawiali. Obydwaj powtarzali co chwila „totalna opozycja”. Przestałem liczyć po 20 razach. Zabawa w pomidora. Chciałbym żyć w państwie, które funkcjonuje. Idąc do lokalnego urzędu w jakiejś sprawie oczekuję kompetencji i nie interesują mnie poglądy urzędnika. Patrzę, czy działa miasto, cieszę się jeśli kwitnie, wkurwia mnie niemoc zbudowania muzeum, i nie chcę oglądać w telewizji kłamliwej, nienawistnej propagandy zakompleksiałego gościa, który nie ponosząc odpowiedzialności zamknął się w obskurnej budzie za żelaznym płotem i z „drugiego rzędu” manipuluje. Mam pytać o idee? Antypolski patriotyzm katolicko-antychrześcijański i bolszewicko-prawicowy też ma poparcie suwerena. Byłem dumny z Polski, z naszych sukcesów, aż usłyszałem, że kraj w ruinie, zdradzieckie mordy, drugi sort i czas wstać z kolan. Niosłem trzyletniego synka na barana, żeby zobaczył wciąganie na maszt flagi europejskiej; po latach Polska wróciła do Europy. Zaraz z niej nas wyprowadzą cwaniacy, rozpieprzą wszystko. Jaka za tym stoi idea? Niech mi ktoś powie, bo poza obelgami niczego nie słyszałem. Najdalej mi do spiskowych teorii, ale w tej zamglonej mętności tylko Putin może mieć interes. I te mętność chciałbym namalować. Nowe Cztery Poru Roku, obraz przepływającego świata, połączenie koloru Poussina, jego chrześcijańsko-pogańskiej ikonografii i znaczeń oraz magii ukiyo-e. Czy prezydent Trump słyszał o Poussinie? Na pewno nie, ale wiem, z czym by mu się skojarzyło.

W Polsce już istnieje Ministerstwo Prawdy, ciekawe czy moje myślozbrodnie zaprowadzą mnie przed sąd.
– „Czym wytłumaczy pan fakt, że człowiek pochodzący z tak dobrej rodziny, obdarzony tak wspaniałym wykształceniem jak pan, obiera taką właśnie drogę życia?
– Czym?.. ..- Kazaniem na Górze, proszę wysokiego sądu…”

Dla niewtajemniczonych, Kurt Vonnegut, „Recydywista”.

Hokusai stworzył cykl 36 widoków na górę Fuji, a może tak Les Quatre Saisons Poussina zamienić na osiem widoków na Górę Błogosławieństw? Jest pewien problem; Fuji to potężny majestatyczny szczyt, podobnie jak cały masyw Mont Sainte-Victoire, a ta „góra” to w zasadzie pagórek, zarośnięty, z brzydkim kościołem z pseudo mauretańskimi podcieniami. Nie pojadę do Luwru oglądać jeszcze raz Poussina, ale poczytam. Najlepiej o nim napisał Sir Anthony Blunt, sowiecki szpieg, który przekazał NKWD m.in. najważniejsze informacje w sprawach polskich. Pomógł Stalinowi wydymać Roosevelta i Churchilla w Jałcie.

Tak składam obrazy z kawałków świata.

Inne notatki pozbierane

Co to znaczy?
(lipiec 1993)

Namalowałem obraz, który był o czymś. Na obrazie napisałem słowa. W zasadzie były to słowa o tym samym, o czym był obraz.
Co tutaj znaczy „W zasadzie”? Spisałem różne historie, które doprowadziły mnie do namalowania tego obrazu. Ten tekst był o czymś, ale obraz nie jest „o czymś” tylko jest obrazem. Istnieje jakaś relacja między tekstem, a obrazem.
Co to znaczy „Jakaś”?
A może nie istnieje?
A jeżeli między tekstem a obrazem istnieje nie-relacja?
Co to znaczy?

Co robią artyści? 
(2006)

Leciałem wiele godzin samolotem i czytałem różne gazety. Artykuł pod tytułem „Co robią artyści?” był nudny, stereotypowy i nie dokończyłem go.

Kilka lat temu widziałem w Nowym Jorku obraz Paula Klee „Twittering Machine”. Tytuł polski to „Maszyna do ćwierkania” jest fajniejszy niż „Ćwierkająca maszyna”, bo lepiej oddaje ducha tego obrazu. Tak mi się wydaje.

Oczywiście słyszałem o nim wiele lat temu, widziałem reprodukcje, ale dopiero widząc go przekonałem się, że w przeciwieństwie do, powiedzmy, Panien z Avignon” nie jest to King Kong współczesności, lecz mały obrazek na papierze w technice mieszania wszystkiego ze wszystkim. Wspominam go, bo podsunął mi kiedyś pomysł namalowania maszyny do myślenia. W moim ówczesnym zamyśle, a było to w latach studenckich, miał to być obraz z trybami, kołami zębatymi i tego typu rzeczami koniecznie napędzanymi na pedały. I to wszystko miało poruszać głowami, mózgami, szczękami, najlepiej Leninów i takich tam ludków. Obrazu nie namalowałem, świat się zmienił, dzisiejsza maszyna do myślenia nie byłaby już na pedały, lecz cyfrowa, nie ma już Leninów, dzisiejsi władcy nie potrzebują żadnej maszyny, bo nikt od nich nie oczekuje myślenia.

PS
(2019)​

właśnie odkopałem ten tekst i nieskromnie przyznaję, że ucieszyła mnie aktualność niektórych moich uwag sprzed lat. Uwag o sztuce, oczywiście.